Skip to main content

Posts

Showing posts from 2013

aseptyczność

koślawo pocięty imbir, fikuśne goździki i pomarańcze kołują powoli w dzbanku z wrzątkiem. zalałam przed chwilą i wdycham słodkawo-ostry zapach. jeszcze miód, jak przestygnie. pora wygonić katar. tatuś muminka opowiada o swoim dzieciństwie. ma przy tym szalenie metatekstowe refleksje. czy tatuś to tove? nigdy się nie zastanawiałam. i nigdy wcześniej nie wiedziałam o istnieniu joka, który budząc się ze snu miał w zwyczaju wydawać z siebie beztroskie "hupp, haff". co jakiś czas przesuwam palcem wskazującym po drewnianym pudełku. próbuję nie otwierać go co zbyt często, ale dźwięk brązowej gumki naciąganej na sosnowy guzik budzi dziwnie miłe, nieco szorstkie skojarzenia. płynę przez ten jałowy dzień jak łupinowy stateczek ze zbędną flagą na wykałaczce. kręcę małe kółka obolałymi kostkami, w których zebrało się chyba zbyt dużo wody lub krwi. nadgarstki pęcznieją, jakby przerażał je ten nadmiar w ciele, jakby chciały się czym prędzej otworzyć na świat nie wiedząc jak to uczynić.  w t…

in my wet boots, in my winter cloths

zima zawraca ku chłodnym wieczorom późnego sierpnia. siedzimy w budzie robura i pachnie ropą. żółty wunder baum stracił kolor od słońca i nie podejmuje próby sił. mam na sobie czarne szorty i sweter, który da się naciągnąć na kolana trzymane pod brodą. na łydkach falami kwitnie mi gęsia skórka. zapowiada jesień. od piętnastu minut hipnotycznie wycieram w ściegi swetra jabłko spod tych drzew, na które patrzymy przez ścianę wieczornego słońca. szyba auta jest brudna od kurzu nieasfaltowych dróg i ubrana w truchła owadów. twoje kolana zginają się słodko i leniwie, przerzucone przez okno bez szyby. hałasujesz zaczepnie i metodycznie, uderzając podeszwą o metalowe, pordzewiałe drzwi. z taką konsekwencją bębnią o parapet tylko krople deszczu, urządzające sobie desant z dachu po letniej ulewie. gdzieś w stopach plącze mi się butelka czerwonej, ciepłej od upału dnia oranżady bez gazu. palimy dziwne papierosy dziadka. są zmięte i koślawe. nosiłaś je cały dzień w tylnej kieszeni spodni. były ta…

o pościeli i przełomie

przypomniałam sobie moje śniade od słońca ramiona owijane na noc w kokon z chłodnej pościeli, która pachniała krochmalem. ramiona całe w piegach, sprężyste i przykurzone zwożonym całe dnie zbożem, z białawym, rozdrapanym placem po ugryzieniu komara rozrastającym się w stronę szyi. przypomniałam sobie strupy na kolanach, świeże, wciąż grubiejące od wewnątrz cichą pracą krwi. naruszone w kąpieli, wplątywały się cichcem w niepozorne kłaczki koca. nocą moje włosy wydzielały zapach wodorostów i nieprzejrzystych wód jeziora. mrówki, orientując się w sytuacji, zaczynały wynosić z mojej głowy po jednym ziarenku. każde z ziarenek było umieszczane w szczególnym miejscu. chodziło o to, by błyszczało w słońcu i ciążyło pod sercem tym duszącym pragnieniem nieznanego. 
dzieją się historie, snują się słowa, mówimy do siebie. zwielokrotniło się we mnie wszystko co dobre. top fajf [musiałam, żeby nie zapomnieć!] kolejna odsłona kury. 51,30. to jest sierpień w grudniu po niewielkim tuningu.



leśny

Druga klatka bloku czterysta pięćdziesiąt dwa miała swoje zwyczaje i nie lubiła, by ją pozbawiać rytualnych przyjemności. O piątej rano podłogi klatki pokrywały się warstwą lizolu i przez jakiś czas mogły się szczycić, intensywniejszym niż zwykle, odcieniem szarości. Była to jednak przyjemność z gatunku tych ulotnych, skatalogowana gdzieś pomiędzy ozonem w poburzowym powietrzu a zapachem maciejki. Jak to w życiu ― należało wciąż podnosić poprzeczkę. Klatka bloku czterysta pięćdziesiąt dwa sięgała zatem po więcej. Zdarzało się, że z rozmysłem psuła windę by posłuchać szybkich kroków dudniących na schodach, poddawała okna silnym wiatrom a wtedy na którymś z półpięter lądował zdezorientowany, siny gołąb. Gołąb jednym przestraszonym okiem obserwował klatkę, a klatka obserwowała gołębia, egoistycznie nie wskazując powrotnej drogi. Wszyscy czuliśmy, że klatka żyje tak jak my, że czasem drży od wewnątrz próbując złapać z nami kontakt, że stawia nam na drodze sąsiadki z ratlerkami na smyczy, …

herta o pisaniu

„Zewnętrznie pisanie przypomina być może mówienie. Ale wewnętrznie wymaga samotności. Napisane zdania stoją wobec przeżytych faktów w takiej relacji jak milczenie wobec mówienia. Podczas gdy ustawiam moje przeżycia w zdaniach, zaczyna się upiorna przeprowadzka. Wnętrzności faktów zostają zapakowane w słowa, uczą się chodzić i przemieszczają w miejsce nie znane na początku przeprowadzki. Żeby pozostać przy tym obrazie: czuję się podczas pisania tak, jakby ktoś ustawił łóżko w lesie, krzesło w jabłku, jakby ulica przebiegała przez palec. Ale czasem jest również odwrotnie: torebka staje się większa od miasta, białko oka większe od ściany, zegarek na rękę większy od księżyca.ˮ
Król kłania się i zabija, Herta Müller (zbiór esejów)

gęsto, opresyjnie, intensywnie.
UL/KR i brzydkie, i duszne rzeczy.


a w noc jadę nyską z kleyffem. 

wata i kroton

jak długo rośnie drzewo? to zależy, to różnie. ale raczej braknie ci palców u dłoni i stóp, żeby policzyć. na przykład taki dąb. dąb jest drzewem długowiecznym, a jego młodość kończy się w wieku 120 lat. jesion, pod który zawsze chodziło się na koc z kompotem w szklance z cienkiego szkła, rośnie dość szybko. zdarzają się nawet czterystuletnie jesiony, ale nie wiem jak wiele widział już ten nasz, oprócz moich zdzieranych na szlace kolan, twoich pierwszych kroków, oprócz światła rzeźbiącego piegi największego z kamieni leżących obok rowu. brzozy na kołyski dla niemowląt rzadko przekraczają dwusetkę. myślę, że wycieńcza je znacznie konieczność odganiania duchów po północnych stronach grobów. przedzieram się przez poranny przymrozek zagarniający dla siebie drobne, wciąż zielone, liście koniczyny. prawie ich nie zauważam, prawie przechodzę mimo niezgrabnych, groteskowych konstrukcji podtrzymujących pnie cienkie jak tulipanowe łodygi. równo przycięte deseczki w kolorze wnętrza drzew, straż …

z taboretem w oknie

to ja, lat 5. jest rok 1994. na moich pełnych, dziecięcych łydkach odciskają się brzegi taboretu oklejonego drewnopodobną taśmą. mała kuchenna mistyfikacja. małe niegroźne bruzdy. sterta poduszek, która nie współpracuje, nie spełnia postawionych przed nią wymagań. niektóre zsuwają się na boki, przesypują jedne z drugich, tworzą iluzoryczny, prawie niezauważalny ruch. poduszkowy sztorm. najmniej posłuszne są te zdjęte z przyczółków dziecięcego łóżka, przeszyte guzikami, które od spodu pachną metalem. gdy za długo miętosić je w dłoniach, można spodziewać się metalicznego zapachu na opuszkach palców. osuwam się więc, opadam jak zbyt długo stojący w ciepłym, kilkuwarstwowy tort z kremem. bez wisienki, bo ta turla się już po podłodze. wyglądam przez okno. nie muszę już wysyłać na zwiady czubka ciekawskiej brody ani stawać na palcach. jest jeden z tych dni, w których przymrozek folguje nieco słońcu i pozwala mu gościć się w powietrzu z wyjątkową jaskrawością-świadomy swojej przewagi. łódź o…

bakłażan i szafa

padało intensywnie ale od niedawna. ziemia oblepiona skorupą asfaltu nie zdążyła jeszcze wyprodukować nadmiaru dżdżownic, które trzeba będzie później przezornie omijać żabimi skokami. wychodzę trochę po nic, a trochę po to, żeby przeciągnąć kwieciste nogawki po kałużach. 'wyglądasz jak w pidżamie', no trochę tak, zgoda. bakłażanowy palec gnieździ się w bucie i przy każdym kroku daje o sobie znać. pęknięta ze słodkim chrzęstem kostka. fioletowe plamy jak na ozdobnej fasoli. małe kuriozum. może to rzeczywiście symptomatyczne. może odbieram karę za nieuzasadnioną winę. jedna mała kostka za słabość do tej konkretnej kombinacji chromosomów, za wykluczenie igreków z osobistych predylekcji. na razie tyle, a potem się jeszcze zobaczy, więc uważaj no! idę i uważam. co jakiś czas kropla z parasola wyznacza sobie tę perfekcyjną trajektorię lotu i wpada mi do buta. w okolicach pięty powstaje supełek zimnego dreszczu. moknę. podśmiewam się kącikiem ust z tej taniej deszczowej symboliki. k …

mamo mam malarię

Zaśpijmy dzisiaj – będzie fajnie. Zaśpijmy specjalnie. Udajmy gorączkę, udajmy malarię. Olejmy awizo, zignorujmy dzwonki, grajmy zaginionych, tylko troszkę martwych. Zaśpijmy zupełnie – dzień dniem bez nas zróbmy. Bez nas się obejdą te ważne spotkania, te straszne wypadki. Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic.
Fleszmob Agnieszka Wolny-Hamkało

jaja przepiórcze

andrzej wolał analogowe czajniki od elektrycznych. dźwięk tarcia metalowego spodu o metal rusztów, oporny gwizdek, o który trzeba się poparzyć dla zasady, urywane wycie, z początku suchotnicze, z czasem coraz odważniej poczynające sobie w ślepej kuchni. niebieski płomień jak leśny ognik na poplątanych ścieżkach w lesie. można powiedzieć, że Andrzej cenił sobie tradycję i bezpieczną niezmienność. ale tego dnia, zdawało się, zapomniał całkiem o swoich predylekcjach. zaszalał. poszedł na żywioł. siedząc w kuchni przed wytłaczanką ozdobioną zdjęciem ze zgrabnym profilem przepiórki, oddawał się lekturze słów z nowego spożywczego porządku: -aminy -awiny -aniny z przeróżnymi prefiksami. A, B1, B12, wyliczanka na cześć bycia fit&healthly. musisz być świadomy, andrzeju, jak wiele cię dotychczas omijało, jak bardzo byłeś wykluczony ze społeczeństwa. musisz wiedzieć, że przepiórki przewyższają kury. że kury są nudne. jaja od kury to ma w lodówce każdy nowak i układa je w rządku zgrubiałymi o…

mięta

spróbuj gumy orbit, trochę innej mięty. nieco sfabrykowanej, mniej żałosnej w smaku. E-tysiącpięćsetstodziewięćset. zęby zagryza się jednak tak samo w obu przypadkach. jesteś w semantycznym polu bólu żołądka, w zimnym, szczytowym mieszkaniu na 11 piętrze. nikt nie przychodzi nawet po klucz do suszarni. masz czas, żeby roztrząsać po raz kolejny tę natrętną myśl: że patroni ulic są tylko figurami z wosku stawianymi w twoich jałowych skojarzeniach, pustymi w środku jak bożonarodzeniowe mikołaje z czekoladopodobnego gówna. piłsudskiego. śmigłego-rydza. szpital korczaka. to tylko głos nie wiadomo skąd, tramwajowa mantra. zapewne ernest h. miał rację. wszystko smakuje jak lukrecja. a najbardziej to, na co czekało się z napięciem. z niecierpliwością, w której wyraźnie słychać jak rosną paznokcie.
polubiłam migotliwą munro, u której z kolei słychać, jak zboże rośnie nocą.
kilka dni wstecz huśtałyśmy się pod wielką białą meduzą. fajnie było.

jarzeniówki

— Czasem to tak wiesz, jadę tramwajem i myślę, że chciałbym odwiedzać biblioteki. Ale nie wszystkie. Tylko te, w których baby posadzone za starymi biurkami w kolorze ochry, nie mają nic do roboty. Jesienią to się rzuca w oczy, nie? — Pogięło cię. — Bo byłoby chyba całkiem nieźle, żeby te baby nie wsiąkły tak zupełnie w depresyjne światło jarzeniówek. Wiesz o czym mówię? Czy jest coś bardziej depresyjnego od bibliotekarki pod jarzeniówką? To ja bym chciał właśnie bywać codziennie w jednej miejskiej bibliotece. Wybierałbym te najmniejsze, wciśnięte nie wiadomo po co w przestrzeń dzielnic, których nikt nie podejrzewa o czytelnictwo. I tam na półkach O psie, który jeździł koleją i Dzieci z Bullerbyn. Od wejścia postanowię, że nauczę się wreszcie odróżniać Lasse od Bosse.
— Srosse. Sam napiszę książkę. O życiu. O tym co tu i teraz. — O facecie, który potknął się o dużego, białego psa?
— Ciebie naprawdę pogięło...

biegam, czytam, piszę. buduję dialogi. kobieta-rakieta potrafiła mnie obudzić do te…

analitycy cieni

osa obudzona [oszukana?] piętnastoma stopniami ciepła w październiku, uderza o zamknięte drzwi tramwaju linii numer 3. osy walą głową w mur z wyczuciem i bystrością, nie to co muchy. drzwi się otwierają, serio. osa wylatuje i tyle ją widzimy. jestem spokojniejsza. przed chwilą układałam plan ucieczki, teraz oddycham swobodnie. muzyka końca lata prosto do ucha. 'za długi paznokieć, śpioch w oku'. wiem, że wybrałam dobrą ścieżkę pod tę krótką podróż. obok facet w kurtce ze sparciałymi gumkami ściągaczy. metka 'fashion'. jakieś perfumy, które poniosę kilka przecznic ze sobą. zielony, zbyt długi płaszcz układa się na schodach jak dywanik. a później ten obrazek, jakby pisał go huelle. chłopaki z trzepaka, niedziela, odrobione lekcje. tylko oni i przestrzeń podwórka. oni tu rządzą, czaisz? żeby móc podglądać tramwaje i ludzi w tramwajach, to albo zgiąć całą swoją postać i zmieścić się w szczelinie poniżej falistej blachy, albo wyciągnąć szyję aż pojawią się na niej żyły i bę…

puzzle z samym niebem

— Pojedźmy może pod pawilon handlowy. Te zadaszenia między sklepami mają taką drewnianą podsufitkę, pamiętasz? Jeździliśmy tam na rowerach. Miała taki intensywny żółty kolor i zapach. — Co ty gadasz? — Nic. Mówię ci po prostu. Tuż obok były działki, a wzdłuż nich biegła ścieżka zdrowia, jedyna ścieżka zdrowia jaką widziałem w życiu. Dziś nic z niej już prawie nie zostało. W miejscu, w którym znajdował się czerwony komin, nie ma dziś nic ciekawego. Tylko tafla wody, czasem przepłynie kaczka. To właśnie jedna z tajemnic mojego dzieciństwa. Jej też już nigdy nie wyjaśnię. — Powiedz mi, proszę… — Co? — Czy z tobą jest coś nie tak?  I nie chcę słyszeć haseł, że jesteś pisarzem, że w związku z tym masz prawo nie ułożyć sobie życia, albo że potrafisz się zachwycać płytami chodnikowymi czy spękanym asfaltem… — No, potrafię. No, wiadomo. No. — Tylko, że dla mnie to idiotyczne, ale, ale, nie przerywaj mi, bo chodzi mi, kochanie, o to, że ty jesteś gdzieś w innym świecie, nie mam nic przeciwko drewniane…

jastrząb i fasola

na starej szklance z dymnego arcorocu jest pełno rys i odkruszeń. nie inaczej funkcjonuje ten kawałek świata, w którym się okazjonalnie pojawiam. mówię sobie, że no przecież-nieistotne, że pójdę do lasu i wykrzyczę to z płuc. 'domestos do mózgu'. ale nie robię tego, nie robię też niczego poza tym i tamtym. zalegam w kuchni pachnącej maślakami w occie. nad wycinanką drzew, w przerwie dla przestrzeni zaplanowanej między dwoma budynkami, na niewidzialnej nitce wisi jastrząb podobny z tej odległości do choinkowej ozdoby, ptaka origami dyndającego pod żyrandolem. chcę się zerwać i uciec do lasu jak zaszczute zwierzątko, ale nieruchomieję. dostrzegam, że jest tu dobrze tylko wtedy, kiedy zostawia się mnie w spokoju, pozwala nieostrożnie łykać wiatr, zdejmować różowe skarpetki i badać leśną trawę zbyt miękką stopą. tylko wtedy. a poza tym-biegłabym już do ciebie, po linii prostej, po przekątnej, prosto na J., pod twoją ciężką kołdrę.


wieje w nas wiatr i łazimy po tej żyznej ziemi. jes…

trajink tu ricz

czy ja aby na pewno nie prowokuję? tramwajowa [olmołst] cybulska. ci sami ludzie, których sted podsłuchał w przedziale. po cichu, po cichuteńku, życzą sobie ofiary śmiertelnej. prześledzą dzisiejszy ilustrowany i wypuszczą strużkę powietrza napęczniałego w płucach. dwutlenek węgla i rozczarowanie. 'tak to jest, wychodzi człowiek z domu i już nie wraca. no nieszczęście takie. co oni chcą wyciągać, po co ta karetka. tam nie ma co wyciągać przecież, mówię pani.' w kwestii wyciągania, to może jeszcze na intensywnej wyciągnie kopyta, tak się przecież zdarza. poczekajcie jeszcze, śledźcie bieg wydarzeń. zapamiętałam blade łydki i ściągniętą tenisówkę. dlaczego wypadki ściągają ludziom buty? później już tylko 75 i oczy w słup [to nic, że skręca i jedzie dłużej, to nawet dobrze]. znów ten stan, kiedy za mało powietrza w powietrzu i pęczniejąca substancja szara w głowie. i zgrzytam, zębem o ząb. myślę o tobie. i mówisz mi, że też ci nie tak. i myślę, że to szczęście w nieszczęściu. że …

wystające miejsca

skąd się biorą liście na parkingach przed hipermarketami, gdzie ani ułamka drzewa? miodowe buty, miodowy mokry pies. idę i wącham przejrzystość powietrza. umiesz pokochać to miejsce bardziej? zdołam cię tego nauczyć? spróbuję.  te ciepłe swetry, które owijają nasze ciała tak szczelnie, zawadzają ostatnio o wystające miejsca. miasto zbiera zachłannie kolorowe włóczki jak wskazówki na trasie niezrozumiałych podchodów. tędy będziesz mogła się wycofać, kiedy już zostanie na tobie ostatnia poskręcana żałośnie nitka. ale może to nigdy nie nastąpić. możemy bardzo długo obnosić się z dziurami po kolczastym drucie, zaczepnej klamce, suchej gałęzi. ziejące jamy w swetrach, w ciałach. bez nich nie pokażemy się już publicznie. będą oswojone jak groźne rasy psów, które nie każdy potrafi ułożyć. my potrafimy. szukamy odpowiednich komend by mówić językiem braku i jakoś szyć-mając do tego dwie lewe ręce.
głupi żart, śmieszny zbieg okoliczności. marsz pogrzebowy pod moją mgr, z głupia franc, z cichą ded…

chcenia

wspominam, przypominam [sobie]. mało mnie ostatnio w moim niegdysiejszym życiu. mało mnie w podróżach, w które wyruszacie. jesień już na dobre. jakie tam lato we wrześniu, nie cofniesz kijem wisły. to miesiąc, w którym jak przez gęstą firankę przebijają się do świadomości przebłyski dzieciństwa. rynek, co się już zwinął na wieczór i kółka łyżworolek robiące hałas na kostce brukowej pod białymi dachami z pleksi. powrót zasmarkanym autobusem z dworca ostatniego dnia lata. szklany kot o łapach cieńszych niż giętkie gałązki dzikiej róży, kupiony z kartonu od kobiety, której twarzy nie pamiętam. letnie kolonie w pięknie deszczowym bd i ogromny czarny koń za ogrodzeniem z wiotkiej siatki. wszystko razem. cudownie nieistotne z perspektywy człowieka posiadającego obowiązki i dorosłość subtelnie dmuchającą zimnym oddechem w kark. potrzeba mi lasu, chodzenia po miękkim mchu, mokrego piachu wokół sznurówek, igieł celujących w oko i jak zwykle trafiających w policzek. bo "drzewa nie mają swo…

na balkonie

jest tu dziko posiany ogródek: 3 anorektyczne, rachityczne malwy o kwiatach suchych aż do hipotetycznego łaskotania w nosie. ogródek prawie schulzowski, brakuje tylko sierpniowego upału świecącego kropelkami potu u czół i na szyjach wokół kołnierzyków. malwy ścigają się z drogowym znakiem o to, kto pierwszy do moich stóp, podniebnych prawie. nawet nie wiem które to piętro-zabawne, prawda? nie mam listy życzeń dla hipotetycznie spadających gwiazd, już niczego sobie nie życzę, gdy jesteś. tyle tu ingardenowskich miejsc niedookreślenia i tak naiwnie się ich nie boję.  dziś jest inaczej, jest już jesiennie. to skandynawskie z głośnika, że niby już inne niż poprzednio ale spada podobnymi hipotetycznymi kroplami dźwięków na to uśpione miasto. jest tak, jakby mały skrzat na cienkich pajęczych nóżkach biegał po maźniętej kaligraficznym pędzelkiem, mokrej kresce z tuszu. w tę i z powrotem. samochody uśpiono w szeregu. autobusy z tego miejsca podgląda się z rozkoszą hipotetycznego widza. wszystko…

dym na jesień

dzień, w którym znalazła się stefa.

anagramy na peronie

przekręcam nazwę stacji za każdym razem, celowo, chociaż niewymownie mnie to wkurza i kojarzy się z konkretnym czasem, z konkretnymi wieczorami, miejscami, przy konkretnej muzyce. źle się kojarzy. z twoim suchym poczuciem humoru i śmiechem na siłę. no ale przekręcam. weszło w krew, w nawyk, pod skórę. trochę niepokojąco.  tydzień to tyle co nic? wściekam się jak dzieciak na sama-nie-wiem-co. o 15 z kawałkiem w pociągu tłum i chyba tylko ja jestem poza codziennymi kolejowymi powrotami, tylko ja tak się guzdrzę, zalegam w przejściu, szukam nerwowo biletu po kieszeniach, wsiadam ostatnia, ostatnimi drzwiami. tylko ja siadam tak, jakbym nie siadała w ogóle, jakbym unosiła się centymetr nad swoim miejscem by móc szybciej zerwać się i wysiąść. tylko ja podejmuje ten fatalny wybór siadając twarzą do słońca, które przez szybę jeszcze pokazuje co potrafi, jeszcze pomaga piegom brązowieć a włosom gubić pigment, ostatnia pokazówka na odejście. na zakrętach znika z okiennych ram, wraca na prostych…

reportaż z odjazdu

wróżę nam jesień z czerwonych od wiatru dłoni, z zajmowania miejsc po słonecznej stronie tramwaju. autobusy pocą się od środka, zasnuwają szyby mgiełką i wszystkie światła miasta wyglądają jak matowe mozaiki. kłócę się z wiatrem o twój parasol. pociągam nosem a noski butów przestrzegam przed kałużami. 'dobry dzień na zdjęcia' odczytany z moich myśli. reportaż z odjazdu ma żywe od deszczu kolory. biorę oddech z zieleni liścia na całe 6 dni. odjeżdżasz ot tak. prawie jak metaforycznym tramwajem nach danzig.
miłe niespodzianki na starych ścieżkach. ech, pomidorowe okna! przypomniały się pewne plany niezrealizowane przez opieszałość lub brak wiary w siebie. wraca się jednak, całe szczęście. gdzieś przepadła tylko cała masa słów, do których chciałoby się jeszcze kiedyś wrócić. wypowiedzmy nowe.
no i 85, matko, kiedy to było! jestem dziś retrospekcją.
baba z brodą i z pluszowym niedźwiedziem. wcale nie z cyrku.

wieszak i wierzba

na wieszaku dyndają sprawy mniej ważne. ostatnio nietrudno o takie. czy nie powinnam odwiesić tam wszystkiego oprócz ciebie? to jest właściwie kwestia poza powinnością. to się po prostu dzieje. lubię złudzenia. pamiętam ten dzień w naszej bazie, kiedy siedziałam na wierzbowej gałęzi i byłam przekonana o tym, że rozmawiam z ptakiem. powiedziałaś do mnie wtedy: "przestań gwizdać na chwilę" i okazało się, że ptak mówił nawet wtedy, kiedy nie zadawałam mu pytań. przyjechałabym, ale wierzby już nie ma. nie ma się gdzie schować, staw podano do publicznej wiadomości i świeci suchym dnem jak płaska imitacja księżyca. żaby porozjeżdżane jak dawniej ale to chyba nie wystarczy. sztorm na wdzw, drzwi trzaskają od niezidentyfikowanych przeciągów. zamykam na dolny, oporny zamek, zaszywam się z herbatą. dowyobrażam sobie twoją aktualną przestrzeń, maluję podpowiedziane widoki z okna. 

'jak układasz włosy?'
'jak wiatr zawieje!'

jesteśMY



gdański kocioł słowny

gdańsk czuję w plecach. 60 l. na barkach. łódź oddycha wolniej i dłużej się czeka na tramwaj. i dobrze było wrócić o świcie. nie wszędzie informacja turystyczna mówi o tym jak trafić do nieba. ale cóż, no cóż, dla nas i tak tam nie ma miejscówek.  przerażający manekin z bydgoszczy w przedziale. gołąb, który udaje kota, który udaje chleb. ukradki i skrawki, drapnięcia paznokci o dzianinę, cackamy się z tym jakby wisiał nad nami wyrok za każdy dotyk. uczysz mnie racjonalizmu. plączę ramiona i cieszę się ze skrawków. wiatr głośno wpada przez uchylone okno.  słońce wstaje tak, że tylko sted przychodzi mi do głowy. 'złota kula nad wodami'. nikogo innego nie cytuje się w myślach pod takie poranki. na kantach powietrza ktoś zawiązał grube białe firany. znów chciałoby się wysiąść w krajobraz za pociągowym oknem, tak jak o tym napisałeś edek.  cicha woda i jej fanka. pewnie nie ostatnia! chrum chrum. dumny właściciel solidnych trekkingowych butów. nie muszę przepraszać, że nadepnęłam, bo …