Skip to main content

Posts

Showing posts from February, 2013

miniatura

wspomnienie
podchodzi jak kot
na czterech cichych wykrzyknikach

nawóz

czytam dziś o sobie z prostoty dni wypełnionych przez jedną czynność. chociażby: z leżenia z nosem w mokrej, spulchnionej glebie. moje ciało byłoby wspaniałym nawozem. chrabąszcz we włosach jak kropka nad i.

słoik z latem

wszystkie niesłoneczne dni lata przechowywane są w rejestrze dni przeczekanych. odsączone z jaskrawych kolorów, które widać tylko w pełnym świetle, wyblakłe jak zbyt często prana koszulka, oślepiająco białe aż do bolesnego mrużenia oczu, nierzeczywiste, parne i zamknięte w słoiku. czekają na przełom. stoimy na samym dnie wpatrzone w niebo zakrętki podziurkowanej przez jakąś łaskawą rękę. tu na dół docierają tylko najwytrwalsze podmuchy wiatru. nie dzieje się wiele. dzieje się niewiele. dzieje się faktura twojej sukienki, na którą mam czas, której ściegiem podróżuję od wzgórza do wzgórza. oprócz tego już nic. nie rzucamy cienia, gubimy tożsamość, już dłużej nie kotwiczymy przy ziemi. na wszystko wokół pada to samo rozproszone światło.  siadam w suchej i nieruchomej w oczekiwaniu trawie czując pod plecami nieuświadomioną ściankę słoika. a ty wyciągasz przed siebie otwartą na płasko dłoń. wciąż jeszcze jasna od kurzu niesłonecznego dnia, łapiesz w nią pierwszą kroplę przełomu.

śliwki

Łucja siedziała nad miską pełną śliwek węgierek jak zahipnotyzowana. Dopiero co umyte, śmiesznie chłodziły dłonie, gdy przesypywała je z miejsca na miejsce i składały cichą obietnicę tego, co ukryte pod nakrapianą fioletową skórką. Miały skończyć niebawem w cieście, które z pewnością wykwitało sezonowo w co drugim kujawskim piekarniku. Mama Łucji pod koniec sierpnia przechodziła z trudem przez falę własnych narzekań na ubijanie piany z białek, ale nie było to w stanie zagrozić wypiekowi. Łucja dostała do ręki nóż-nie za ostry, taki, który poradzi sobie ze śliwkową naturą a naturę dziecięcych palców pozostawi w nienaruszonym stanie. Zdawało się jej wtedy, że śliwki lekko zadrżały w misce i skurczyły się w sobie marszcząc poliki. Jeśli ktoś zechciałby wówczas obarczyć Łucję jakimś wymyślnym obowiązkiem, pewnie z chęcią przyjęłaby wyzwanie, aby tylko zająć się czymś innym. Nie znalazł się jednak nikt taki a do tego wszystkiego niesłabnące mrowienie w palcach i wypieki na t…

niewyznanie

od kiedy jesteś
to tylko z tobą
liczyć wróble na rynnie
krople w kałuży
rozmawiać na znaki dymne
znad herbaty
bo za daleko nam do siebie
by używać słów

diagnoza

zostałam trafnie zdiagnozowana przez schulza. utknęłam jedną nogą w dzieciństwie. nosem w sklepie cynamonowym, myślami przy ojcu karakonie. zwinięta w śmieszny kłębek leżę w śniegu i jem orzechy prosto z krzaka.za tramwajami na przedmieścia jeżdżą ze mną dorożki z magicznymi końmi. wysiadam w pośniegowe błoto i później długo, one i ja, liczymy zapalone światła w nocnych oknach czteropiętrowców. na piątym czeka matka aż ktoś powróci z wichury za próg. pod śniegiem na karłowatych przedblokowych trawnikach kiełkują już plany przyszłych sierpniowych chwastów, w których słychać czasem upał.zima i lato nie różnią się od siebie. bywają białe jak wapno, suche i irytujące jak talk na języku. to ja, tłuja. przechodzisz obok. próbujesz właśnie znaleźć odpowiednio dziwne słowa, by mnie opisać.

może jutro

może za tydzień, za rok, po studiach, po maturze, latem, gdy odpuszczą mrozy, gdy zelżeją upały, jak będziesz duża, po obiedzie, na wypłatę, po ślubie, jak ten smarkacz urośnie, we wtorek, JUTRO. a jutro to towar na kartki.

dworce

na dworcach czuć zawsze mrowienie w żołądku. chwila, kiedy nawet nie będąc w podróży, obserwujesz zbliżający się pociąg jest jak przyjemny stres przed zrobieniem czegoś wyczekiwanego. nie ważne czy za chwilę znajdziesz się w jednym z przedziałów stając się ruchomym punktem na mapie, czy odejdziesz z dłońmi w gniazdach kieszeni wypuszczając z głowy plany podróży jak latawce. w dworcach liczy się dworcowość, to czysta metafizyka.

dwa patrzenia

są dwa patrzenia, pisał sted. mam te dwa patrzenia i mam o trochę więcej ponad nie, ponad te dwa psikusy wzroku. najprzenikliwsze z patrzeń nie jest szerokokątne. przylega do rzeczy jak kosmyki włosów do mokrego czoła. nie błądzi po galaktykach, nawet o nich na pewno chyba bez wątpienia nie wie. to patrzenie wybiórcze ale wcale nie pobieżne. fragmentaryczne ale mówiące o całości. to tekstury pod palcami i strzępki zapachów w nosie. przywiązanie do rzeczy porzuconych, groteskowych i karłowatych. panoptikum świata. 
fot. Piaski, 2012.