Skip to main content

Posts

Showing posts from March, 2013

definicja

widzieć ndk VIIIa, widzę, ~any <<postrzegać coś wzrokiem>>: W. dobrze. W. jak przez mgłę. Nic tu nie widzę ciekawego. Miasto warte widzenia. W. film, sztukę. fraz. W. coś w czarnych, różowych kolorach, barwach <<zapatrywać się na coś pesymistycznie, optymistycznie>> W. tylko swój nos, koniec swojego nosa a) <<mieć na względzie tylko własny interes>> b) <<nie mieć szerszych zainteresowań>> W. w kimś kogoś (coś) <<uważać kogoś za coś>>: Widziała w nim swego dobroczyńcę. Świata poza nim nie w. <<być w kimś bardzo zakochanym, być czemuś oddanym bez reszty>>.

widzę cię

nieprzyjazd do miasta N.

zabawne jak przykładasz do wszystkiego rękę nic o tym nie wiedząc. dodajesz szczypty ziół do selerowej kierując moim zmęczonym nadgarstkiem. przytrzymujesz nieposłuszne strony w książce, bym znalazła drogę powrotną z Lasu Duchów. małą zimną dłonią przyciskasz stosik swetrów dbając o to, by nie przygryzła ich szuflada. codziennie, punktualnie o 25 każdego dnia odbywa się po cichu twój nieprzyjazd do miasta N. a ja czytam cię z tych mgnień i skrawków. twoje ciało pisane Braillem, którego dopiero się uczę. nie chce mi się wierzyć, że znikasz kiedy stajemy twarzą w twarz.

haust

"To już drugi cud po cudzie przebudzenia się. Oddychać."

Sted.

rumianek

mam wielki wóz na plecach. niekompletny, bo bez jednej gwiazdy, którą można dorysować mocniejszym ukłuciem ołówka. masz szyję cichą jak rumianek. niekompletną, bo bez odcisków mojego serdecznego palca, których nigdy nie dorysuję.

papierowy morski ptak

istnieją stany niewysławialne. stany, o które można tylko zahaczyć słowem. a czasem nawet nie słowem. przecinkiem tylko albo pauzą między jednym zbędnym wyrazem a drugim. tak jest właśnie z tą falą, która wzbiera we mnie i wykręca mnie jak stary ręcznik od środka. do granic suchego płaczu, do białości palców. z nienawiści z niemocy z bezsensu z potrzeby otworzenia ciała na świat jakimś szybkim cięciem. by się dłużej nie dusiło samo ze sobą tam wewnątrz gdzie do granic pęknięcia napięty jest każdy organ. stoję więc na światłach chociaż wolałabym upaść, nie dźwigać się już, wsiąknąć w chodnik wyżłobić sobą małą niszę na wieczne odpoczywanie, jak ziarnko piasku. stoję i słyszę te wszystkie brudne słowa które cisną mi się na język, które spokojnie wyartykułowałabym w twarz wszystkim na raz i każdemu z osobna. na zielonym przebieram nogami szybko bo tak się przechodzi na zielonym nie jak jakaś mameja oferma stara baba z siatą tylko szybko by nie robić korków nie tamować przepływu ludności …

drzwi do lasu

odkurzyłam próg z niebezpiecznych ziarenek piasku dla ruchliwych wersów mrówek, które mają wprowadzić się lada chwila. przy stole wyrzeźbionym z dębowego serca czekam na pierwszy kurz unoszący się w strudze światła. niecierpliwie badam palcami słodkie drewniane słoje. między moimi oddechami słychać będzie niebawem jak odmarza leśne runo, jak kłębi się w sobie, rozpiera i wije. może nawet serce, płochliwe zwierzątko w liniejącym futrze, pobiegnie szybciej przed siebie leśnym duktem.

wyprawa

zapętlenie wokół refrenu jednej piosenki ciągnie mnie w Bieszczady. w okolicach pępka zbierają się wszystkie łaskotania i przyjemne ciężary. ciepło. szmery w sercu nie pozwalają mi spać. słucham jak słowa o strachu przed samotną starością obijają się o góry. na scenie niebiesko, transcendentalnie, gałczyński wiedział co robi pisząc o niebieskiej trumience. więc nim to wszystko, trzeba by było jeszcze raz, pod górę. zobaczyć czy nas nie ma na szczytach i w dolinach. złapać za zimny nos bieszczadzką noc. 
jedziemy?

mikołaj

na naszym podwórku był chłopak. niski, kulisty, o ustach nieustannie zaciśniętych w śmieszny, dziobaty kształt. chodził tak, jak gdyby w chodzie uczestniczyć mogły tylko jego nogi do wysokości kolan. reszta pozostawała nieruchoma. ręce zaś zginał czasem w łokciach niosąc worek na buty na tyle wysoko, by nie ciągnął się po kałużach. to był właśnie mikołaj. gdy ktoś chciał znaleźć mikołaja w dowolnym momencie, podążał śladem gołębi. gołębie zajmowały cały czas, który mikołaj poświęcał na powrót ze szkoły do domu. powroty dłużyły się więc w nieskończoność. obiady w kuchni nie raz ostygły zanim dotarł, matka nie raz zajęła chybotliwy taboret przy oknie by wypatrywać oczy, poukładane według dni tygodnia skarpetki czekały, aż mikołaj przeliczy je gdy wróci. upominający się o niego skarlały świat musiał czekać. zastygając jak brzydki posąg na skwerach, trawnikach, pod naszą górką-ślimakiem, przed daszkami klatek schodowych, wpatrywał się w absolutnej ciszy w gołębie kolonie. jednak nikt nigdy …

iluminacja

wciąż wierzę w iluminację. zanurzam w jeziorze koniuszek małego palca u stopy czekając aż coś się wydarzy. z naszych rozmów, z moich wędrówek, z koloru jabłek, z piosenek zapisanych na serwetkach, zbieram pozorne fragmenty układanki i łączę na siłę wypukłość z wypukłością. wciąż jeszcze przecieram okulary z deszczu by widzieć wyraźniej i więcej, nie pozwalam się zamknąć w wykres, rzeźbę, schemat i typ charakteru. jezioro zdążyło przenieść się nieco na północ pochłaniając moje stopy a ja ciągle milczę. i czekam.

zwiastun

zlizuję z kciuka krwisty menisk o smaku nowej pory roku. słodko-słono-metaliczny i ciepły. pogański rytuał na języku. popękane od mrozów skórki przy paznokciach krwawią na wiosnę. to pierwszy zwiastun w kolorze wymyślonym na przekór przebiśniegom. brudzą się od wewnątrz ściegi wciąż noszonych rękawiczek, brudzą się karty czytanych w tramwajach książek. pękają lody szorstkiej jak drewno pozimowej skóry. rzeki będą przez jakiś czas nie do zatrzymania.