Skip to main content

nieprzyjazd do miasta N.






zabawne jak przykładasz do wszystkiego rękę nic o tym nie wiedząc. dodajesz szczypty ziół do selerowej kierując moim zmęczonym nadgarstkiem. przytrzymujesz nieposłuszne strony w książce, bym znalazła drogę powrotną z Lasu Duchów. małą zimną dłonią przyciskasz stosik swetrów dbając o to, by nie przygryzła ich szuflada. codziennie, punktualnie o 25 każdego dnia odbywa się po cichu twój nieprzyjazd do miasta N. a ja czytam cię z tych mgnień i skrawków. twoje ciało pisane Braillem, którego dopiero się uczę. nie chce mi się wierzyć, że znikasz kiedy stajemy twarzą w twarz.

Comments

  1. :< Smutno mi się zrobiło. Kocham ptaszki i zimną rączkę dociskającą swetry. ;_____;

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem