Skip to main content

Posts

Showing posts from May, 2013

za domem

za domem
nieważcy jak wypchane watą lalki na sznurkach
gramy w badmintona
na świetliki i majowe chrząszcze.

szyba

patrzę na ciebie przez szybę, dotykam cię przez szybę, całuję cię przez szybę, rysuję twój kształt na szybie i rozbieram cię-szybę, jednym palcem, powoli, z zimnej wodnej pary.

dachy wieżowców

istnieje muzyka do słuchania w pokoju nad światem, na dachu wieżowca, kiedy dzień budzi się lub kiedy zasypia. mrużysz oczy a wokół tańczą obłąkane latarnie, ale jest w tym spokój, bo tak ma być, tak ułożono, zanim postawiłaś pierwszy krok. światła samochodów rozciągają się jak guma na długiej migawce zamyślenia. jest zimny lipcowy poranek, ale wzięłaś ze sobą mój za duży polar. gdzieś tam pierwsze promienie światła łapią książki równo ustawione na regale. później odkryjesz, że ich grzbiety są zabawnie wyblakłe od słońca. mamy w domu trzy zegary i bardzo trudno jest im dojść do porozumienia.

nie wiesz o sobie wielu rzeczy, które ja przechowuję pod leśną ściółką. pachną runem i zakamarkami moich tajemnic, moich kłamstw. schowane przed dzikimi zwierzętami i dociekaniem twoich oczu czekają aż wytnę las do ostatniego skarlałego pnia. pójdziemy wtedy na spacer po ściernisku tych wszystkich wyostrzonych przez czas słów. pokaleczysz stopy i odejdziesz znacząc ślad stąd donikąd.

tu(bylec)

w drodze uczę się nasłuchiwać czy biedronka nie przemierza ścieżki. nie jestem tubylcem gdziekolwiek leży tu. liczę lata według pęknięć brzozowej kory. noc czołga się do mnie, a ja kładę łapę na jej czarnym łbie. mokra, wonna sierść. dookoła odbywa się robota nad napełnianiem gwiazd odpowiednią ilością helu. naprężonych nitek nie sposób dostrzec niewprawnym okiem.

kałuże

zeszłoroczny upał zaplanował w asfalcie idealne miejsca na tegoroczne kałuże. wysychające po nagłej ale krótkiej ulewie, najlepiej wyglądają w konkretnych porach dnia. mokre ulice są wyraźne i odarte z prywatności jak prostokąt białej ściany oświetlony lampą rzutnika do slajdów. oglądałyśmy na nim zdjęcia, których nie pamiętam, ale zostały mi pod powiekami wszystkie bruzdy w farbie, wszystkie czarne smugi po taboretach wynoszonych niezdarnie z pokoju przez zbyt słabe ręce. dziwię się, że na tej ścianie nie kwitną do dziś ślady po cieniach naszych dłoni układanych w zwierzęta, że nie siedzisz przed tą bielą jak zahipnotyzowana, próbując sobie przypomnieć jak wyglądają inne kolory.  układam się wygodnie obok kałuży, źrenicą przy asfalcie by widzieć niemal jej przekrój, z całym piaskiem niewiarygodności leżącym na dnie. jest na to idealna pora. słońce zachodzi tym razem radośnie i jest go pełno w wierzchołkach drzew. uwypukla kształty i faktury, wlewa się cichą strugą w zakamarki mojej tw…

granica (absurdu)

elektryczny wózek inwalidzki stał dziś dość długo na środku ronda i nikogo to nie obchodziło. 
no właśnie.






poemat o tykaniu zegarów

zwykle łatwiej było mi zasypiać na prawym krańcu siebie, wpatrzonej w nieświęty obrazek ulicy. wszechświat pokoju nie zawsze układa się w kształty bez kantów i solidnych haków. oddycham bólem w łokciach. bezsenność. psy w bezpańskości zdychają już od pieśni. jeszcze chwila i poderżną sobie gardła o nitkę świtu. może jutro wypluję świadomość razem z pastą do zębów. dzisiaj szyjesz mi w kącie z grubej i gryzącej włóczki, naciągnięty jak skóra na zmysły, poemat o tykaniu zegarów.

dobranoc

zrobię ci żart, naprzeklinam w kołysance. będzie w niej dużo o wypadających zębach i windach, które mieszają piętra. grzeczne jasnowłose dzieci w trzeciej zwrotce pociągną cię za uszy. w refrenie przejadę palcem od twojej powieki aż po obojczyk zostawiając smutną czarną i brzydką kreskę z tuszu. przyśnisz w fazie rem swoje oczy od spodu, próbujące się otworzyć bez skutku. będą przezroczyste jak śniadaniowy papier i fioletowe jak moje marmurkowe dłonie latem. a przecież tyle już razy próbowałam cię uśpić, uciszyć. zakneblować cię, wrzucić do studni, przełączyć na profil dyskretny. zostawić cię w lesie, zgubić w tłumie, przestać oglądać się przez ramię. przestać skręcać z włóczki ten sznur.

jaskółka

być może mężczyźni przebijani na wylot jaskółkami nie giną na miejscu. zgoda, nie posiadam dowodów zbrodni.

ej, miasto!

w zaciszach ciasnych M2 buduje się wehikuły czasu. z nadmiaru nieprzestrzeni i miejskich czerwców powstają kabiny nakrywane kocami-tymi samymi, które wisiały z dachów naszych dziecięcych baz. mogę cię zabrać w tak wiele miejsc: na wysypany czarną szlaką stadion, gdzie zdzierałam kolana i tam, gdzie murki pod blokami pozostają ciepłe od słońca długo po zmierzchu. zdejmiemy buty przypominając sobie jakie to proste. i że wciąż nie wymknęła nam się z rąk sztuka wiązania sznurówek. twarde płaty farby odłażą z huśtawek-koników na których bez skutku uczyliśmy się łapać życiową równowagę. dawne chodniki wdeptujemy cierpliwie w zieleń. ktoś ściąga słońce za horyzont na grubym sznurku. tak samo wyglądało uwięzione w kwadratach okien naszego bloku, gdy przesiadywaliśmy na krawężnikach rzucając kamykami przez ulicę. paradoksy wypływają na powierzchnię dopiero z czasem, jak bardzo leniwa oliwa.
kiedyś zapytam siebie
czy nie idealizowałam tego miasta
kolejny koniec świata sprzyja przejaskrawieniom 
ty…

ozimina

rośliny ozime, oziminy ─ uprawne rośliny jednoroczne, które do przejścia całego okresu rozwojowego potrzebują okresu niskich temperatur występujących zimą. Wysiane wiosną nie wytwarzają pąków kwiatowych i nie owocują. Owoce dają za to w maju i sierpniu, czasem w grudniu.
Oziminy wysiewane jesienią rozpoczynają wegetację przed zimą. Zimują pod pokrywą śnieżną, ale nie pod lodem. Brak śniegu zimą może prowadzić do uszkodzenia młodych roślin. Zbyt wysokie temperatury zimą prowadzą do przedwczesnego wzrostu roślin. 
ozimy <<przeznaczony do jesiennego siewu>>




Wrońskie


.