Skip to main content

dachy wieżowców






istnieje muzyka do słuchania w pokoju nad światem, na dachu wieżowca, kiedy dzień budzi się lub kiedy zasypia. mrużysz oczy a wokół tańczą obłąkane latarnie, ale jest w tym spokój, bo tak ma być, tak ułożono, zanim postawiłaś pierwszy krok. światła samochodów rozciągają się jak guma na długiej migawce zamyślenia. jest zimny lipcowy poranek, ale wzięłaś ze sobą mój za duży polar. gdzieś tam pierwsze promienie światła łapią książki równo ustawione na regale. później odkryjesz, że ich grzbiety są zabawnie wyblakłe od słońca. mamy w domu trzy zegary i bardzo trudno jest im dojść do porozumienia.

nie wiesz o sobie wielu rzeczy, które ja przechowuję pod leśną ściółką. pachną runem i zakamarkami moich tajemnic, moich kłamstw. schowane przed dzikimi zwierzętami i dociekaniem twoich oczu czekają aż wytnę las do ostatniego skarlałego pnia. pójdziemy wtedy na spacer po ściernisku tych wszystkich wyostrzonych przez czas słów. pokaleczysz stopy i odejdziesz znacząc ślad stąd donikąd. 

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem