Skip to main content

dobranoc



zrobię ci żart, naprzeklinam w kołysance. będzie w niej dużo o wypadających zębach i windach, które mieszają piętra. grzeczne jasnowłose dzieci w trzeciej zwrotce pociągną cię za uszy. w refrenie przejadę palcem od twojej powieki aż po obojczyk zostawiając smutną czarną i brzydką kreskę z tuszu. przyśnisz w fazie rem swoje oczy od spodu, próbujące się otworzyć bez skutku. będą przezroczyste jak śniadaniowy papier i fioletowe jak moje marmurkowe dłonie latem.
a przecież tyle już razy próbowałam cię uśpić, uciszyć. zakneblować cię, wrzucić do studni, przełączyć na profil dyskretny. zostawić cię w lesie, zgubić w tłumie, przestać oglądać się przez ramię. przestać skręcać z włóczki ten sznur.

Comments

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem