Skip to main content

ej, miasto!




w zaciszach ciasnych M2 buduje się wehikuły czasu. z nadmiaru nieprzestrzeni i miejskich czerwców powstają kabiny nakrywane kocami-tymi samymi, które wisiały z dachów naszych dziecięcych baz. mogę cię zabrać w tak wiele miejsc: na wysypany czarną szlaką stadion, gdzie zdzierałam kolana i tam, gdzie murki pod blokami pozostają ciepłe od słońca długo po zmierzchu. zdejmiemy buty przypominając sobie jakie to proste. i że wciąż nie wymknęła nam się z rąk sztuka wiązania sznurówek.
twarde płaty farby odłażą z huśtawek-koników na których bez skutku uczyliśmy się łapać życiową równowagę. dawne chodniki wdeptujemy cierpliwie w zieleń. ktoś ściąga słońce za horyzont na grubym sznurku. tak samo wyglądało uwięzione w kwadratach okien naszego bloku, gdy przesiadywaliśmy na krawężnikach rzucając kamykami przez ulicę. paradoksy wypływają na powierzchnię dopiero z czasem, jak bardzo leniwa oliwa.

kiedyś zapytam siebie
czy nie idealizowałam tego miasta
kolejny koniec świata sprzyja przejaskrawieniom 

tymczasem śpię do południa
i załapuję się jedynie
na słońce w wierzchołkach drzew.

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem