Skip to main content

kałuże




zeszłoroczny upał zaplanował w asfalcie idealne miejsca na tegoroczne kałuże. wysychające po nagłej ale krótkiej ulewie, najlepiej wyglądają w konkretnych porach dnia. mokre ulice są wyraźne i odarte z prywatności jak prostokąt białej ściany oświetlony lampą rzutnika do slajdów. oglądałyśmy na nim zdjęcia, których nie pamiętam, ale zostały mi pod powiekami wszystkie bruzdy w farbie, wszystkie czarne smugi po taboretach wynoszonych niezdarnie z pokoju przez zbyt słabe ręce. dziwię się, że na tej ścianie nie kwitną do dziś ślady po cieniach naszych dłoni układanych w zwierzęta, że nie siedzisz przed tą bielą jak zahipnotyzowana, próbując sobie przypomnieć jak wyglądają inne kolory. 
układam się wygodnie obok kałuży, źrenicą przy asfalcie by widzieć niemal jej przekrój, z całym piaskiem niewiarygodności leżącym na dnie. jest na to idealna pora. słońce zachodzi tym razem radośnie i jest go pełno w wierzchołkach drzew. uwypukla kształty i faktury, wlewa się cichą strugą w zakamarki mojej twarzy. ludzie nieustannie smutni także miewają zmarszczki mimiczne. dzieci wracają do domów z podwórek przedłużając o kolejną bramę ten cykliczny marsz. sznurówki nasiąknęły im deszczem. widzę to w jasnym świetle rzutnika. jestem sucha jak wszystko wokół kałuży. mam płuca wysuszone na wiór.


Comments

  1. Jestem zauroczona, zarówno słowami jaki zdjęciami.

    xoxo

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem