Skip to main content

Posts

Showing posts from June, 2013

Lascaux

na moich ścianach jest jakby więcej archipelagów niż zwykle. coś wstrząsnęło dnem oceanu. mamo, jak dorosnę, co nie stanie się zbyt szybko, będę kartografem rzeczy niepotrzebnych. sklasyfikuję wszystkie rzeki mojego ciała według intensywności uwierania w podszewkę skóry. dwa ciemniejsze skupiska brązowej farby na piersi i zbyt jaskrawa, głęboka zieleń depresji pępka. w lasach włosów tyle zbyt szerokich ścieżek, że czujesz się nieswojo wędrując nimi po nocy. nigdy nie wędrowałaś śladami po nieczułych dłoniach. zapominasz, że to tylko mapa. składam się na 24 części. wzdłuż polika biegnie zgięcie. przeciera się w niektórych miejscach. nasiąknęło wilgocią.

wiadukt

bywa, że moje miasto pozwala mi wychodzić w deszcz na życzenie. pozbawia mnie parasola, który być może do dziś podróżuje linią Z3. zostaję wypchnięta w wilgoć bez oręża. idę, ale przecież w myślach tańczę z tobą na najbrzydszym wiadukcie tego miasta, w uciążliwym deszczu, który oblepia okulary i spodnie. podróżujemy autobusem inaczej niż wszyscy, nie schniemy rozwieszone na poręczach. zaglądamy ludziom do czytanych książek, pisanych wiadomości a najczęściej w oczy. niektóre z nich należałoby po wszystkim wycisnąć ze słonej wody. na najbrzydszym wiadukcie tego miasta tramwaje zatrzymywały się zawsze na ciężko utrzymywanym hamulcu, żeby nie zjechać w dół i nie powtarzać znów tej kołyszącej wspinaczki. na tym wiadukcie miasto zdaje się usypiać najpiękniej i po cichu. odbieramy na dwie słuchawki opowieść o tym, że wszystko jest brutalne i jasne jednocześnie. wilgotne wieczorne powietrze wyostrza dźwięki. mówisz mi, że ktoś ostrzy w kuchni nóż produkując nieznośne zgrzyty, że ktoś skręca …

zeszyty podróżne

dzikie gęsi zawsze wyglądają w locie jakby śpieszyły się do ważnych ale nienazwanych spraw, o których lekkomyślnie zapominają z pierwszym podmuchem powietrza pod skrzydło.
opuszczona stacja benzynowa w niebiesko-czerwone, jaskrawe kwadraty. brak, skorupa, schemat bez treści, i to wszystko natarczywie dopraszające się o uwagę. nieistnienie bywa bardzo ironiczne.
szkielet domu na polanie. żadne z okien nie wychodzi na las, który miałby tu przecież sporo do powiedzenia. każdemu.
łucja jak świetlisty most między czasem a czasem. ten wyjazd pełen jest mostów.
rezerwat parkowe i dwóch mężczyzn oczyszczających ogromny staw. to już kiedyś było, już się zdarzyło kiedyś. Edmund, Witek i paw w domyśle, ze śmiercią w ogonie. powinnam jak najodpowiedniej narysować ich słowami. ze skrzydłami lub bez.
ten kraków to czekoladowa kawa, szorstkie ręczniki, truskawki i niemożliwie domowy zapach pościeli. to schody skrzypiące nie pod każdym krokiem i ukośny strop, który nie przytłaczał. solidny stół, od któreg…

czerpak z włosów

żaden chłód nie zastąpi chłodu granatowego od deszczu dnia, w którym można zanurzyć stopy i myśli. czepiam się tej wilgoci jak paradoksalnego ratunkowego koła wiedząc już, że nie ma przed tobą ucieczki w żywioły. na horyzoncie widać nocą tylko jedną plamkę światła, dalekie grzmoty rozchodzą się niczym gęsia skórka po marznących łydkach. pachnie tu dzisiaj twoim deszczem, zupełnie jakbyś przepuszczała każdą kroplę przez bezużytecznie piękny czerpak z własnych włosów.

mądre i niemądre

"Chciałam też zabrać część rzeczy matki, ale panna Pinch uznała, że to niemądre, aczkolwiek nie wyjaśniła, dlaczego to niemądre, ani dlaczego coś, co jest mądre, musi być przez to lepsze."

Jeanette Winterson

Niech nam się przydarzy jeszcze dużo niemądrości, wspólnie i osobno. Wszystkiego najlepszego.

pestka

awokado mając tuż obok siebie wybebeszoną spod zielonej skórki pestkę myśli że pestka wciąż jest w środku. i nie czernieje.


detoks na zielono

w autobusie kobieta, której włosy całe były wiatrem. Warszawa w ogóle się nie uśmiecha. uratowały ją tylko chmurne jęzory na wieczornym niebie rozwieszonym nad Wisłą. i Stachura jako tło pod to niebo, skąd "gwiaździste ramiona wasze". nie wiem jak długo to potrwa, ale znów mam zielone myśli zamiast szarych. na uczuciowym detoksie wszystko jest wyjątkowo jaskrawe.

planety

"jeszcze mi się przypomniało, proszę pani! jak zobaczyłam księżyc to przypomniałam sobie co chciałam powiedzieć. czy to jest tak, że świeci sam z siebie czy inaczej? aaa, no właśnie! słońce! my słońca teraz nie widzimy, ale ciągle jest. ciągle jest. to ziemia nam się kręci. nieboskłon. no dobrze, dobranoc i przepraszam. i dziękuję! a wie pani, ja jeszcze więcej mogłabym wymienić, tych planet. mars, czerwona planeta. jowisz to jak mnie promieniuje, tak mi brzmi ta jego nazwa. saturn, uran, neptun, pluton a ponoć więcej ich tam jest, więcej nazw trzeba by było, słów więcej. coś tam jeszcze wiem, coś pamiętam, jeszcze nie taki ze mnie motłoch. 80 lat, mówi pani, że ładny wiek, ale gdzie on tam ładny. jak się człowiek starzeje to nie jest tak, że po prostu lat więcej, że czasu mniej i mniej zapamiętanego a więcej przepuszczonego przez palce. to nie jest tylko tak. człowiek się staje innym człowiekiem. INNYM CZŁOWIEKIEM, na starość. no dobrze, to ja już nie przeszkadzam. dobranoc. i p…

pamięć

boję się pomyśleć jakby to było, gdyby ryby miały doskonałą pamięć. gdyby przechowywały w najszczelniejszych rejestrach powietrznych pęcherzy każdy bezdech znad powierzchni wody, każdy biały promień światła prosto w oko i każdy ostry dźwięk, którego nie wycisza staw. gdyby szczęśliwie oswobodzone z haczyka wracały do swoich w wielkim szoku, z wiedzą, której już nie można się pozbyć. z obrazem świata istniejącego za bardzo, obrazem rzeczy otoczonych wyraźnym konturem, jaskrawych i mających w sobie zbyt mało ciemnej, gnijącej zieleni zmieszanej  z ugrem, który cuchnie mułem.  pamięć wyklucza każdą beztroskę w ruchach ogona, wyposaża na resztę krótkiego rybiego życia w paraliżujący strach przed cieniami na wodzie. pamięć sprawia, że rybie usta dobrowolnie wysuwają się z wody na powietrze. szybkim samobójczym ruchem, na amen w różańcu z rybich wypukłych oczu.

nos

węszący z zapałem wokół beznadziejnych miłości, aż się prosi o przydeptanie.

czarny kwadrat

andrzej gdy słyszy o sztuce, ma pod powiekami grunwald matejki, pozłacane ramy obrazów a w uszach szuranie muzealnych kapci. andrzej nigdy nie był w muzeum narodowym w warszawie ale wie jakby to było, gdyby był. tak jak w kościele przed wizerunkiem św. dominika, tylko jakby bardziej. kwadrat czarny na tle białym rysowany to on też by potrafił. i nawet czasem rysuje, no przecież że rysuje, identyko taki, na marginesie krzyżówki, ale jeszcze jakoś nie walą do niego drzwiami i oknami, nie zabijają się o te strony z 300 panoramicznych wytłaczane wkładem zenita i andrzej złamanego grosza nie widział za kwadraty. a po muzeach to wisi, miejsce zajmuje, a możnaby więcej matejków i więcej grunwaldów, może i same grunwaldy, niech się polskie oczy opatrzą i niech szczegół każdy utrwalą i niech przeniosą tę fatamorganę do swoich domów, w załamaniu światła we łzie wzruszenia-jak tęczę. i niech ją wyświetlą na ścianach swoich M2, niech się uczą co jest sztuka a co gówno jest zwykłe i śmieć. i niech…

księga rodzaju

współczesne ewy pod skarlałymi do mrzonki drzewami poznania dobrego i złego. na skwerach, placach, w ciemnych parkach, gdzie tylko jedna latarnia, podlana przez psa, niema, lub zajęta. przemykają zaznaczone kształtem dekoltu w serek, zamaszysty "check" na formularzu o uwagę. po połowie jabłka w tych dwóch mijanych bramach, dla dłoni lub oczu, które o 21:43 zawsze chętnie przyjmą ten dar, bez względu na ciśnienie, układ gwiazd i opad powyżej skali. w kuszeniu już nie takie jak dawniej, ze skórą drążoną kornikami czasu. ale to ścieżki, którymi można chadzać tylko przed lustrem i w ukryciu. opuszek wskazującego palca jak na komendę przesuwa się zaprogramowanym, struchlałym ruchem. czasem dozwolona jest łza, może nawet kilka, wszystko zależy od pojemności tego dywanika z frędzlami, co je będzie zbierał, te łzy, bo kto inny, jak nie dywanik? koleiny zmarszczek. jakby połowa jabłka ujawniała się dzień w dzień zbyt ostrym zębom z coraz mniej soczystym dźwiękiem kruszonego owocu. p…

osiedle

na osiedlu bez zmian poza tym, że od jakiegoś czasu wymawiamy je jak posągowi w przekleństwach policjanci wydziału śledczego-trochę za głośno, z przesadną artykulacją na środkową sylabę. poeta, dramaturg i malarz wpędza mnie w egzystencjalny niepokój. ja-czyli nikt, nikt i nikt. przez całe życie, zapobiegliwie i ekonomicznie, pracuję na półtony, którymi wypełnią się tablice z nazwami ulic w najgorszych dzielnicach. ulica niczyja, ulica szara, ulica beznadziejnych przypadków.

warkocz

układam w klaserze wszystkie czasy przeszłe dokonane kiedy to szliśmy z porami skóry otwartymi na wiatr
teraz już nikt nie ślini z namaszczeniem znaczków ty też zmalałaś do wniosku że to mało higieniczne
nastawiłam budzik na wpół do wczoraj w dusznej bieli pokoju upstrzonego barankiem sierpniowych komarów
tutaj też wszystko zdaje się stać w miejscu
tylko coraz dłużej zaplatasz mi siwy warkocz


duszność

uszyłam ci patchwork z pól na martwe ciało. ukręciłam liny z perzu dla sinych miejsc zaplanowanych na ciasne węzły. wsypałam ci pod powieki kolce bodiaku na wieczne niespanie. nabrałam wróbli z kałuży na poduszkę pod głowę.  to jeszcze nie lato i już nie wiosna, czas, dla którego nie zaplanowano systemowej nazwy. porzeczki i jagody jemy wciąż dopiero gdy się rozmrożą. ogórki nasiąknęły wodą po ulewach i nikt nie wie, czy przetrwają taki nadmiar. przyciągam sobie nad głowę burzę za burzą. pozaczepiane na luźnych sznurach rzadko stawiają opór. wczoraj siedziałyśmy w kuchni jak w oku cyklonu i tylko międzychmurowe wyładowania dawały znać o tym, że nie istnieje między nami spokój. 
duszność nie może minąć. nie mam już odwagi by biegać po kałużach. nie mam już odwagi, żeby wynajmować dla ciebie ten szeroki i przestronny kąt serca. po każdej z burz na twarzy zostaje cienka błona z kurzu i potu.

kłącze

regularnie podlewasz
pobudzasz do wzrostu
ziarno rozpaczy
co kłączem sprężystym
pnie się spod żebra
wysoko ku nozdrzom
by tam się rozdwoić
by trysnąć z otworów

i sznurem podwójnym
wzlecieć ku nocy
przez obręcz Saturna
ku Ziemi z powrotem
by pętli zawijasem
na szyi zastygnąć
śmiertelnym...
śmiertelnym...


/k.n./