Skip to main content

duszność





uszyłam ci patchwork z pól na martwe ciało. ukręciłam liny z perzu dla sinych miejsc zaplanowanych na ciasne węzły. wsypałam ci pod powieki kolce bodiaku na wieczne niespanie. nabrałam wróbli z kałuży na poduszkę pod głowę. 
to jeszcze nie lato i już nie wiosna, czas, dla którego nie zaplanowano systemowej nazwy. porzeczki i jagody jemy wciąż dopiero gdy się rozmrożą. ogórki nasiąknęły wodą po ulewach i nikt nie wie, czy przetrwają taki nadmiar. przyciągam sobie nad głowę burzę za burzą. pozaczepiane na luźnych sznurach rzadko stawiają opór. wczoraj siedziałyśmy w kuchni jak w oku cyklonu i tylko międzychmurowe wyładowania dawały znać o tym, że nie istnieje między nami spokój. 

duszność nie może minąć.
nie mam już odwagi by biegać po kałużach.
nie mam już odwagi, żeby wynajmować dla ciebie ten szeroki i przestronny kąt serca.
po każdej z burz na twarzy zostaje cienka błona z kurzu i potu.

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem