Skip to main content

księga rodzaju



współczesne ewy pod skarlałymi do mrzonki drzewami poznania dobrego i złego. na skwerach, placach, w ciemnych parkach, gdzie tylko jedna latarnia, podlana przez psa, niema, lub zajęta. przemykają zaznaczone kształtem dekoltu w serek, zamaszysty "check" na formularzu o uwagę. po połowie jabłka w tych dwóch mijanych bramach, dla dłoni lub oczu, które o 21:43 zawsze chętnie przyjmą ten dar, bez względu na ciśnienie, układ gwiazd i opad powyżej skali. w kuszeniu już nie takie jak dawniej, ze skórą drążoną kornikami czasu. ale to ścieżki, którymi można chadzać tylko przed lustrem i w ukryciu. opuszek wskazującego palca jak na komendę przesuwa się zaprogramowanym, struchlałym ruchem. czasem dozwolona jest łza, może nawet kilka, wszystko zależy od pojemności tego dywanika z frędzlami, co je będzie zbierał, te łzy, bo kto inny, jak nie dywanik? koleiny zmarszczek. jakby połowa jabłka ujawniała się dzień w dzień zbyt ostrym zębom z coraz mniej soczystym dźwiękiem kruszonego owocu. przegryzane na pół i przeżuwane zbyt długo lub połykane na prędce. oddające z siebie zbyt wiele tym, co żrą tylko z łakomstwa. te ewy to się kurwa nigdy nie nauczą.

Comments

  1. uwielbiam Cię czytać
    masz taką lekkość jakiej nigdy nie spotkałem

    ReplyDelete
  2. Tak, po Owocach Je poznacie, tych jedzonych i tych którymi obrodziły
    :)

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem