Skip to main content

wiadukt



bywa, że moje miasto pozwala mi wychodzić w deszcz na życzenie. pozbawia mnie parasola, który być może do dziś podróżuje linią Z3. zostaję wypchnięta w wilgoć bez oręża. idę, ale przecież w myślach tańczę z tobą na najbrzydszym wiadukcie tego miasta, w uciążliwym deszczu, który oblepia okulary i spodnie. podróżujemy autobusem inaczej niż wszyscy, nie schniemy rozwieszone na poręczach. zaglądamy ludziom do czytanych książek, pisanych wiadomości a najczęściej w oczy. niektóre z nich należałoby po wszystkim wycisnąć ze słonej wody. na najbrzydszym wiadukcie tego miasta tramwaje zatrzymywały się zawsze na ciężko utrzymywanym hamulcu, żeby nie zjechać w dół i nie powtarzać znów tej kołyszącej wspinaczki. na tym wiadukcie miasto zdaje się usypiać najpiękniej i po cichu. odbieramy na dwie słuchawki opowieść o tym, że wszystko jest brutalne i jasne jednocześnie. wilgotne wieczorne powietrze wyostrza dźwięki. mówisz mi, że ktoś ostrzy w kuchni nóż produkując nieznośne zgrzyty, że ktoś skręca sznur jak warkocz i słyszysz pękanie słabszych nitek tuż przy uchu. niczym mój szept. 

jestem tymczasowa jak holly golighty i mieszkam w deszczu. zamknij mnie w głowie.

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem