Skip to main content

zeszyty podróżne




dzikie gęsi zawsze wyglądają w locie jakby śpieszyły się do ważnych ale nienazwanych spraw, o których lekkomyślnie zapominają z pierwszym podmuchem powietrza pod skrzydło.

opuszczona stacja benzynowa w niebiesko-czerwone, jaskrawe kwadraty. brak, skorupa, schemat bez treści, i to wszystko natarczywie dopraszające się o uwagę. nieistnienie bywa bardzo ironiczne.

szkielet domu na polanie. żadne z okien nie wychodzi na las, który miałby tu przecież sporo do powiedzenia. każdemu.

łucja jak świetlisty most między czasem a czasem. ten wyjazd pełen jest mostów.

rezerwat parkowe i dwóch mężczyzn oczyszczających ogromny staw. to już kiedyś było, już się zdarzyło kiedyś. Edmund, Witek i paw w domyśle, ze śmiercią w ogonie. powinnam jak najodpowiedniej narysować ich słowami. ze skrzydłami lub bez.

ten kraków to czekoladowa kawa, szorstkie ręczniki, truskawki i niemożliwie domowy zapach pościeli. to schody skrzypiące nie pod każdym krokiem i ukośny strop, który nie przytłaczał. solidny stół, od którego nie chce się wstawać i głos Krystyny Prońko niesiony w deszczowym powietrzu. 



Comments

  1. Lubię Twoje kadry, bardzo. Jest w nich coś mojego, taka mała intymna strefa.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem