Skip to main content

Posts

Showing posts from July, 2013

jedną nogą w jesieni

nie wiem skąd te żółte liście wokół lipcowych kałuż. już? tak szybko? któreś drzewa starzeją się szybciej niż inne. dogadalibyśmy się. puszyste trzmiele szukają schronienia przed upałem pod moim dachem. to już trzeci, któremu trzeba było wskazać drogę powrotną. tutaj wcale nie jest lepiej niż tam. i tak w kółko. znam to przecież. może to po prostu nagły zryw, jak zrywy chorobowe, przed upadkiem w jesień. ty też jesteś jak na wpół otwarty kasztan. a ja piję herbatę z miodem i cytryną. 
na boga, wstęp do mandragory powinien być oddzielną piosenką trwającą te 4:39, może nawet bez słów? nie wiem co tam jest konkretnie, ale słyszę swoje kroki, wszystkie te, które już postawiłam, i granat wieczorów, i bladą szarość świtów. kosmiczna synteza, nie mów, że nie! i wino, i osty. 
teraz może Antośka. syreni śpiew pod gotowanie obiadu.

półprosta

dość bardzo to wszystko tymczasowe. nieco bardzo dość. anatomicznie mogłabym być zaplanowana inaczej: bez możliwości obracania głowy na boki, bez zwrotnych barków, a że oglądam się zwykle przez lewe ramię, to może i lewa noga niechby wrosła w ziemię raz a dobrze. postoję, popatrzę przed siebie. no nareszcie, nie? jeśli nie prośbą, to groźbą. postaw mi gdzieś kropkę, niech już będę jak półprosta.
bez muzyki. posłuchałabym jak twoje żebra organicznie dudnią o poręcz na szarym końcu tramwajowego wagonu.

ćwiartki jabłka

w ciepłe letnie dni, kiedy akurat żadna z nas nie miała widoków na opuszczenie dusznego miasta, siadałyśmy na balkonie i 11 piętro było nam jak piedestał świata. nogi w kolorowych skarpetkach z donaldem dyndały poza prętami. dzisiaj mieszczę między nimi jedynie stopę. nikt nie przynosi nam talerzyków z jabłkami pokrojonymi w idealne ćwiartki a czas nie jest już tylko i wyłącznie czteroliterowym wyrazem wtłaczanym niezdarnie między 3 zeszytowe linie. życie zrobiło nam do niego filozoficzne przypisy.
miasto nie zasypia równomiernie. najpierw jedna powieka, potem druga, przez jakiś czas otwarta jeszcze szeroko i łypiąca. tuwimowski księżyc z poczytaj mi mamo gapił się w ten sam sposób. no więc co z mitem o spoglądaniu w identyczne niebo? niepokoi mnie, że nie wiem w jakie niebo patrzysz. moje jest przykurzone od upału.
maanam i dym. falowanie i spadanie. 
"siedzimy ramię przy ramieniu. słów mniej, za to więcej nocy."

co więcej

słowa nie trzymają się mnie kiedy jest dobrze. jest dobrze. wypuszczam przez okno w tramwaju jeden kosmyk włosów. na deszcz. ciekawa czy zmoknie. i cóż mogę więcej?
odkrywam Jaracza, zadzieram głowę. może w końcu połączę kropki? i fajnie. i dzięki.

no niby dzień i pół. niby tak. ciśnie mi się na usta: "dawno cię nie widziałam"

k: ja jestem cichosza.
e: ahaś. a ja co jestem?
k: niepoważna.

coś w tym jest, o tak.

upał

"Sophia zapytała, jak wygląda niebo, i babka odpowiedziała, że może jak ta łąka. Przechodziły właśnie obok pastwiska przy wiejskiej drodze i przystanęły, żeby popatrzeć. Był straszny upał, droga była biała i spękana i wszystkie rośliny w rowie miały zakurzone liście. Weszły na pastwisko i usiadły na trawie, wysokiej i wcale niezakurzonej, rosły tam dzwonki, kocie łapki i jaskry. -Czy w niebie są mrówki?-zapytała Sophia."

Tove Janson

senne zioła

marzy mi się dzień skupienia na jednej banalnej czynności. dzień wypełniony po brzegi ruszaniem palcami w sandale, badaniem mokrego piasku pod suchym. dzień przesypywania siebie z naczynia do naczynia, zbierania kłębuszków kurzu wilgotnym śródstopiem. dzień w oparach sennych ziół zaparzanych twoją ręką.
ten wiatr nie gwiżdże, chociaż to pierwsze co myśli się o wietrze. ten wiatr warczy. nisko i ostrzegawczo. jak leżący z łbem przy ziemi nieufny kundel nastroszony od deszczu. otwierasz okno i mówisz, że w powietrzu pachnie trupem. że pewnie znów ktoś się rzucił pod pociąg i niesie tu z wiatrem ten słodkawy zapach beznadziejnych spraw. czekamy na pierwsze karetki, ma być jak w dobrym filmie, lecz żadna nie przyjeżdża. wieczór dostanie niskie noty za fabułę.

kanał

niektórym się poszczęściło-mogą jak krzepki John czyścić kanał wśród łozin.

senty-męty, senty-mętnie

znów mój przyjazd i znów próbujemy podstawiać dawne jabłonie i grusze pod dzisiejszy krajobraz. zbyt wiele pamiętam. co można zrobić z pamięcią siedząc na skarlałym pniaku zamiast na gałęzi? jestem tak blisko ziemi, że nie wiem już czy kolana uniosą mnie w górę gdy zawołasz na obiad. nie zeskakuję z chropowatej jabłoni jak kiedyś i nie ranię sobie o nią łokci. nie przeczytam ze strupów, że wciąż żyję. "było, bo było", mówisz bardziej do siebie, niż do mnie, chociaż stoję obok. zastanawiam się jak to jest być jeszcze bliżej śmierci. próbuję z twoich czterdziestu i paru lat wyczytać, czy stoisz już do niej bokiem, czy wykonałaś ten "słynny półobrót". Sted wraca jak natrętna piosenka. w tym, co pamiętam, są rzeczy najmniejszej wagi. pył, kolor, muszki zawieszone w słońcu na niewidzialnych nitkach. żadnych słów. nie potrafię i nie chcę zamknąć za tym drzwi, tak jak nie zamykam drzwi za tobą. siedzę w przeciągu. czekam na katar. sentymenty są jak żółte okulary z zabawkowe…

kąpielisko

biała kredka

kochane dzieci, nie rysujcie w rogach kartek żółtego słońca z przerywanymi liniami zamiast promieni, z dziurami wwiercanymi aż do jądra ostrym końcem mocno przyciskanej kredki. nie oddawajcie mu pod opiekę płasko kładzionych plam jaskrawej zieleni trawników, ani kwiatów na łodygach dłuższych od ludzkich nóg. nie zawieszajcie obok słońca żadnej z brzuchatych liter E udających ptaki, obłóżcie niebo obłokami układającymi się w oswojone kształty. rysując dom od dymu komina, zaczynajcie głęboko pod ziemią. może nawet poza kartką, a może nigdzie? może nie starajcie się tu osiedlać. uciekajcie w obrazki na których zaplanowano dla was mnóstwo deszczu i szczelnych chmur. zamieszkajcie w deszczu. słońce jest białe i martwe. białej kredki używa się rzadko.

pokoje

Kolejny pokój. Nadal przynajmniej to mamy ze sobą wspólnego: te, tak bardzo liczne, pokoje. Niezupełnie puste, wcale nie pełne, a w środku tak mało nas, gdy patrzymy na przestrzeń między oknem a szafą, łazienką a stołem, nocnym stolikiem a koniecznym łóżkiem-nawet jeśli nie dają nam niczego innego, zawsze jest łóżko. Wielkie miasta na zewnątrz nie mają znaczenia. Ja jestem w moich pokojach, a Ty jesteś w swoich, i odległość między nami jest zbyt wielka, by się widzieć. I podróżowanie. Oboje wiemy o tym-jedna samotność nas ściga, podczas gdy ukrywamy się w pędzie następnej, nasz typ ucieczki. W drodze do Norwich, jak pamiętam, było bardzo zimno. Pociągi zacinały się i błąkały, i zatrzymywały na wilgotnym, płaskim wiejskim terenie, i ciągle padał deszcz ze śniegiem, nic nie mogło go zatrzymać, i mój płaszcz nadal pachniał od obejmowania Ciebie, to znaczy od tamtego pożegnania, które wydawał się wcale nie ostateczne. Mimo, że jestem dorosła, oboje jesteśmy dorośli, i dobrze rozumiemy, że mo…

bielinki

trochę nieporadnie wsiadasz na ten za duży rower i uśmiechasz się jedną stroną ust do swoich uroczych prób. to ja otwieram furtkę przez którą przejazd był zawsze emocjonującą loterią. kiedyś obie hodowałyśmy z tego samego powodu i na tym samym kolanie kolorowe siniaki, rozrastające się śmiesznie w nieprzemierzone państwa, miasta, doliny, kotliny-widziane z lotu ptaka w odpowiednich porach roku. dookoła pachnie polnymi chwastami i zamkniętym w podkowie lasu upalnym powietrzem. patrzę na ciebie, zamykasz lekkomyślnie oczy na parę chwil i wjeżdżasz w ruchliwą chmarę białych motyli zawieszoną w cieniu lip. odwracasz się do mnie w uśmiechu i twoja głowa cała jest słońcem, twoje włosy prześwietlone na wylot uciekają ku niebu jak promienie. i prawie popadam w święte skojarzenia, w maryjne motywy, ale moja głowa nawet teraz nie przestaje się chylić myślami w stronę śmierci. przypominam sobie bielinki latające w chmurze śmiertelnego zapachu, nad parą jednych białych, bezwładnych skrzydeł porus…

stawy

życie wyposażyło mnie w elastyczne stawy. potrafię wyginać palce u dłoni i stóp w drugą stronę. myślę, że ma to ogromne znaczenie, że nie jest po nic. że służy czemuś jeszcze poza wprawianiem chłopaków z podwórka w osłupienie. że po coś pozrywałam więzadła poboczne i krzyżowe jak sparciałe tasiemki. że było to jak poznawanie granic, jak wyprawa na skraj lasu i z powrotem, jak zapalanie morskich latarni na horyzoncie, których światła podziwia się później z brzegu. nawet kiedy gałęziami z samego czubka korony zamiatam chodniki na wietrze-jestem silna.

za bardzo

powiem ci jak jest pewnie się za bardzo odkryłem przed sobą i stoję ciemno przestrzelony przez niewiadomo co
R. Śliwonik

pas albo grawitacja

zamykam drzwi auta i nagle robi się nieznośnie cicho, aż do brzęczenia w uszach. stada małych much zadomowione w małżowinach. nie potrafią tak po prostu zasnąć, mamy ze sobą wiele wspólnego. brudna szyba wybiórczo przepuszcza światło, które oślepia mnie w nieoczywisty sposób. przez gazę, piasek, sitowie, splot brudu. jest tu duszno jak w naszym tymczasowym pokoju pod ukośnym dachem, gdy budzimy się zbyt późno na wypełnianie jakichkolwiek obowiązków. w taki dzień twoja szyja połyskuje potem nawet jeśli całą noc byłam od ciebie na odległość kilku gwiazdozbiorów. tutaj jednak jestem sama. zaplanowano dla mnie norę pachnącą wymyślonym lasem z tekturowej choinki. zwijam się w  w niekształtny supeł z nitkami żył wymykającymi się z ciała. biorę oddech i przytakuję Stedowi. do niedawna nie miałam pojęcia jak to jest, kiedy powietrze staje kością w gardle. nie odpinam pasa mając nadzieję, że może mnie tu przytrzyma, że nie odlecę, nie pomacham nogami trzymanymi w locie prosto jak u mew, tej zi…