Skip to main content

ćwiartki jabłka


w ciepłe letnie dni, kiedy akurat żadna z nas nie miała widoków na opuszczenie dusznego miasta, siadałyśmy na balkonie i 11 piętro było nam jak piedestał świata. nogi w kolorowych skarpetkach z donaldem dyndały poza prętami. dzisiaj mieszczę między nimi jedynie stopę. nikt nie przynosi nam talerzyków z jabłkami pokrojonymi w idealne ćwiartki a czas nie jest już tylko i wyłącznie czteroliterowym wyrazem wtłaczanym niezdarnie między 3 zeszytowe linie. życie zrobiło nam do niego filozoficzne przypisy.

miasto nie zasypia równomiernie. najpierw jedna powieka, potem druga, przez jakiś czas otwarta jeszcze szeroko i łypiąca. tuwimowski księżyc z poczytaj mi mamo gapił się w ten sam sposób. no więc co z mitem o spoglądaniu w identyczne niebo? niepokoi mnie, że nie wiem w jakie niebo patrzysz. moje jest przykurzone od upału.

maanam i dym. falowanie i spadanie. 
"siedzimy ramię przy ramieniu. słów mniej, za to więcej nocy."

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem