Skip to main content

pokoje




Kolejny pokój. Nadal przynajmniej to mamy ze sobą wspólnego: te, tak bardzo liczne, pokoje. Niezupełnie puste, wcale nie pełne, a w środku tak mało nas, gdy patrzymy na przestrzeń między oknem a szafą, łazienką a stołem, nocnym stolikiem a koniecznym łóżkiem-nawet jeśli nie dają nam niczego innego, zawsze jest łóżko. Wielkie miasta na zewnątrz nie mają znaczenia. Ja jestem w moich pokojach, a Ty jesteś w swoich, i odległość między nami jest zbyt wielka, by się widzieć.
I podróżowanie. Oboje wiemy o tym-jedna samotność nas ściga, podczas gdy ukrywamy się w pędzie następnej, nasz typ ucieczki.
W drodze do Norwich, jak pamiętam, było bardzo zimno. Pociągi zacinały się i błąkały, i zatrzymywały na wilgotnym, płaskim wiejskim terenie, i ciągle padał deszcz ze śniegiem, nic nie mogło go zatrzymać, i mój płaszcz nadal pachniał od obejmowania Ciebie, to znaczy od tamtego pożegnania, które wydawał się wcale nie ostateczne.
Mimo, że jestem dorosła, oboje jesteśmy dorośli, i dobrze rozumiemy, że możemy żyć bez nikogo, niczego. Bardzo niewiele jest strat, których nie przeżyjemy w nasz sposób: powstrzymując się od myśli, których wolelibyśmy nie mieć, i oddychając, mrugając i przełykając, jak powinniśmy. Wyglądamy w bardzo dużym stopniu jak inni dorośli, jesteśmy wiarygodni (...).
Siedząc w tamtym pokoju, w Kolonii, za dużym oknem i z uczuciem drogiego odosobnienia: jest uliczna latarnia i mur cmentarza, widok na stare groby, i myślę, że muszę spróbować doprowadzić Cię do śmiechu-ładnego, mocnego i zawsze wartego by rozbrzmiewał-i myślę, że muszę to zrobić, i myślę, że muszę zobaczyć czarny płomień Twoich włosów-wskazujący na czarny płomień w Twojej głowie-i myślę, że muszę zobaczyć jak rośnie Twoja broda, kiedy ją zostawisz zamiast zgolić-jakby chciała żebyś śmiesznie wyglądał-i myślę, że muszę poczuć to, jak Twój brzuch cofa się pod dotykiem-tę miłą nieśmiałość-i myślę, że muszę zobaczyć, jak się uśmiechasz, i potrzebuję tego jak pachniesz, kiedy się nie umyłeś, i muszę zobaczyć, jak się uśmiechasz. Musze zobaczyć, jak się uśmiechasz.
Ale jestem w błędzie, oczywiście: nie potrzebuję tego. To, co mam, musi wystarczyć. Nikt nie przeżywa, nie mając wystarczająco dużo. Mam światełko z czujnika dymu w suficie, czerwony punkcik z tykaniem włączający się i wyłączający, i mam to zmęczenie i ten strach, że pozostanie tylko samotne czekanie, podczas gdy umieranie będzie się zbliżać, podróże. Powiedziałeś, że boisz się przez cały czas. No więc ze mną jest tak samo, ale nie mogę Ci tego powiedzieć. (...)
Teraz jestem w tym pokoju w Nowym Jorku-rzęsisty deszcz stuka w świetlik i jest to mój późny wieczór w środku Twojej nocy: nawet nasze dni się rozeszły, rozłożyły się niejednocześnie. Mam to, a tego nie przeczytasz. Jakąkolwiek znajdę postać słów, nie zrobi to różnicy-niczego więcej nie pozwolisz mi sobie powiedzieć. Używam atramentu sympatycznego, odwołuję słowa w pokojach, których nie chcę i nie znam, i jestem wciąż w drodze, by zostać przed tak dużą ciszą, przy Tobie w ten jeden sposób, podróżując jak wiem, że Ty podróżujesz, uciekając.
Nigdy nie byłam pewna, w co wierzymy, oprócz siebie wzajemnie, ale ponieważ jestem bezradna, i może Ty też, co wieczór odmawiam za nas modlitwę, w której proszę, żebyś mógł być szczęśliwy, żebyś mógł być bezpieczny. Wtedy miałabym prawie wystarczająco dużo.
Moja miłość nie była nigdy ani trochę lepsza.


A.L. Kennedy

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem