Skip to main content

Posts

Showing posts from August, 2013

gdański kocioł słowny

gdańsk czuję w plecach. 60 l. na barkach. łódź oddycha wolniej i dłużej się czeka na tramwaj. i dobrze było wrócić o świcie. nie wszędzie informacja turystyczna mówi o tym jak trafić do nieba. ale cóż, no cóż, dla nas i tak tam nie ma miejscówek.  przerażający manekin z bydgoszczy w przedziale. gołąb, który udaje kota, który udaje chleb. ukradki i skrawki, drapnięcia paznokci o dzianinę, cackamy się z tym jakby wisiał nad nami wyrok za każdy dotyk. uczysz mnie racjonalizmu. plączę ramiona i cieszę się ze skrawków. wiatr głośno wpada przez uchylone okno.  słońce wstaje tak, że tylko sted przychodzi mi do głowy. 'złota kula nad wodami'. nikogo innego nie cytuje się w myślach pod takie poranki. na kantach powietrza ktoś zawiązał grube białe firany. znów chciałoby się wysiąść w krajobraz za pociągowym oknem, tak jak o tym napisałeś edek.  cicha woda i jej fanka. pewnie nie ostatnia! chrum chrum. dumny właściciel solidnych trekkingowych butów. nie muszę przepraszać, że nadepnęłam, bo …

niedzisiejszy miś albo warkocz

kojarzysz pluszowe misie starej daty, którym spod futerka wyłażą sztywne nitki zamiast pluszu? tak wyglądał warkocz tej kobiety w tramwaju: czarny, miękki, poprzetykany siwymi pasmami jak niteczkami, sztywniejszymi od reszty.
mam słów niewiele, tyle co nic.  chociaż grzejemy skrzydła przy szachowych stolikach, nie jesteśmy sezonowe jak rusałki admirały. prawda? 
jesienne światło. pan od języka kaczego. metafory uszyte z tetrisa. [ja będę tą upierdliwą niebieską literką z!]
Gdańsk się przydarzył, opowiem jak poskładam.

biegnę

***
do mnie nie narzeka się o deszczu. "aaaaaależ dziś... hm, pewnie mi powiesz, że piękna pogoda, co?". tak właśnie. granatowy wieczór pachnie żółtymi mirabelkami. marzną już czubki nosów. miłe zaskoczenia. miłe pauzy od grawitacji. jajecznica kubistów. banany i gruszki skamandrytów.
***
wiadomości uruchamiają pytania podstawowe: ale o co w ogóle chodzi? i że niby tak było przez 3 lata? o jezusie!
***
mam nadzieję, że te chmury wiszą tylko nad miastem, że tym razem nie ma w tym żadnych metafor angażujących moją ciężką głowę. granatowo, że prawie czarno. najlepiej widać to, kiedy stoi się w pełnym słońcu i chyba tak jest po prostu zawsze. cień z cienistej perspektywy jest tym, co znane, ze słonecznej-przerażającym novum. "only hate the road when you missin' home". trójka na pochwałę łaciny: no więc bene! ale w kwestii CSMuuu... mam ochotę pisać o zakrętach. curvus curvusem pogania!
***
kobieta z watą cukrową na głowie.
***
czy może być pozytywniej? czy to już patologia p…

pozy pośmiertne

śmierć wyczytana z mycia zębów. szczerzę się pod szczoteczkę i widzę wyraźniej na czym mnie rozpięto. uśmiech szkieletów z biologicznych sal. wszystkie senniki z zębów wróżą śmierć. może właśnie dlatego? pozostałe kości ujawniają się rzadko.

może już dzisiaj nic, nigdzie, skoro wszędzie jestem spóźniona? 

kret w pełnym słońcu cały jest ironią.

annie h. i dorożka

było o tyle nierzeczywiście, że pomyślałam sobie: no może faktycznie gałcz miał na myśli jaracza i jej incydentalne dorożki? jasne, że bzdura ale w pozycji wisząco-leżącej mało kto dba o fakty. konie fundują sobie spacery, motocykliści też ruszają z kopyta. za oknem kampanie społeczne w wersji 'live' a w przedbalkonowej strefie unieważniono płynięcie czasu, istnienie pionu, poziomu i siatek geograficznych. współrzędne, których nie ma w google maps. ustalamy własne zasady. z tej śmiesznej, intymnej perspektywy masz tylko jedną tęczówkę wypełnioną gaszonym błękitem. łapię się absurdalnej myśli: o tym, że oddech, który uwalniasz nosem, ma zapach twojego ciała od wewnątrz. przestronnych pokoi płuc, korytarzy oskrzeli, chłodnego holu tchawicy. zapomniałam, że miasto jest tak głośne. czy aby na pewno ten odcinek jaracza leży w granicach administracyjnych eł de zetu? madonna. jack white. borówki z zimnej wody, zimne usta.
***
czasem mam wrażenie, że mnie też wychowywano w tajemnicy pod…

firanki

między skandynawią a basenem morza śródziemnego kursuje tramwaj nr. 9. na innych lądach bywam rzadko lub nie bywam wcale. stawiam dom z czerwonych desek, robię miejsca na białe okiennice, które wpuszczą do środka mnóstwo światła i wiatru. na twoich piersiach urośnie chłodny mech pod moją głowę. i ja cała będę kiedyś mchem. i cudze stopy nie odróżnią ciebie ode mnie.
nie żeglujesz po szwedzkich morzach ale mimo wszystko-będę wypatrywać czasem przez moje nagie okna bez firanek czy cię nie ma na jakichkolwiek drogach.

bawełna

spadł deszcz i dookoła było dość granatowo. dość bardzo, ale bardziej podczas błysku. poza tym: zgaszony granat, jak w starym słoiczku z zapomnianą plakatówką. to ja i mój dzieciak patrzący w słońce przez niebieskie szkiełko butelki. domieszki szarości, bo już ciemniej-dni coraz krótsze, zmierzyłam dzięki spacerom. krajobraz oglądany milion razy ucięłaś mi okienną ramą i poczułam się kompletna. to nie przypadek, że mamy sierpień. czy to wciąż zdjęcie? zobaczyć, zapamiętać. wiem, że jestem w tym dobra. przechowuję mnóstwo, ale są to rzeczy przypadkowe. twoje włosy i granat. przebłyski światła gdzieś głęboko w wodzie. i moje palce w tym wszystkim. i ślady opuszków w powietrzu jak na matowej odbitce kodaka. to zdjęcie nie przejdzie przez żadne inne dłonie. no więc może chociaż w słowach. zbyt pogodnie, zbyt spokojnie. dzień, w którym telewizor mówi do nikogo, mimo, że dostał głos ode mnie. mam wrażenie, że właśnie teraz ktoś bezprawnie chodzi po naszych ścieżkach zacierając wszystkie ślady.…

czas odwieszony

najpierw tygiel wszystkiego i czas odwieszony na haczyk jak mokry ręcznik. potem ten nagły zryw (do życia czy od życia?) jeszcze później tropienie zapachów, odnajdywanie włosów. kubki parują parami. czy nie tak powinno być? wszystko mi mówi, że tak, nawet ta pokrętna domorosła etymologia. nie wygładzam labiryntów w pościeli. siedzę w pudełku. 

spokój kiełkuje mi we włosach. zobacz jak szybko się przyjął. banał i nie: chyba tego właśnie potrzebowałam.


słoje

być może mam już pełno zadr pod palcami i dopiero zaczną wyłazić. być może trochę głębsze słoje w kolejnych warstwach skóry. nie więcej (?) 
widzę jaśniej i wyraźniej gdy zgasisz światło.

kosmici

te wszystkie domy wokół których narosło miasto: skrzypiące furtki porośnięte bluszczem, chłód klatek schodowych, klasy rozrysowane białą kredą na podjazdach, rowery puszczone wolno na trawniki. strefa intymna. patrzę tylko ale miałabym ochotę wsunąć stopę pod ogrodzenie, naruszyć prywatność. zerwać garść trawy należącej do tamtej strony, zagarnąć garść żwiru. czy byłoby tak jak z kamykiem przyniesionym z cmentarza? "nie przynosi się do domu takich rzeczy!" mieliście rację, dziecku nie powinni śnić się zmarli. więc może wejdźmy i połóżmy się w tej trawie. ugnijmy tylko źdźbła i odlećmy jak kosmici. ślady każdej nocy będą coraz wyraźniejsze. może w końcu tubylcy opatrzą się z nami. zaczną wymijać twoje szeroko rozłożone ręce, biedronki paznokci i moje rozsypane włosy. obrysują nas jedynie kredą dla lepszego rozpoznania sytuacji.
powiem ci jak jest: siedzę w pokoju i nie wierzę własnym oczom. każda czynność wydłuża się dziś o kilka minut i ślady tych opóźnień wiszą w powietrzu w…