Skip to main content

annie h. i dorożka





było o tyle nierzeczywiście, że pomyślałam sobie: no może faktycznie gałcz miał na myśli jaracza i jej incydentalne dorożki? jasne, że bzdura ale w pozycji wisząco-leżącej mało kto dba o fakty. konie fundują sobie spacery, motocykliści też ruszają z kopyta. za oknem kampanie społeczne w wersji 'live' a w przedbalkonowej strefie unieważniono płynięcie czasu, istnienie pionu, poziomu i siatek geograficznych. współrzędne, których nie ma w google maps. ustalamy własne zasady. z tej śmiesznej, intymnej perspektywy masz tylko jedną tęczówkę wypełnioną gaszonym błękitem. łapię się absurdalnej myśli: o tym, że oddech, który uwalniasz nosem, ma zapach twojego ciała od wewnątrz. przestronnych pokoi płuc, korytarzy oskrzeli, chłodnego holu tchawicy. zapomniałam, że miasto jest tak głośne. czy aby na pewno ten odcinek jaracza leży w granicach administracyjnych eł de zetu? madonna. jack white. borówki z zimnej wody, zimne usta.

***

czasem mam wrażenie, że mnie też wychowywano w tajemnicy pod rollercoasterem, że gdzieś tam na pewno kursował nam nad głowami, wprawiał w drżenie szklanki, szyby umieszczone w okiennych ramach na słowo honoru, słonie z trąbami w dół rozstawione po półkach. zsiadłam już czy nie? wciąż drżą mi dłonie, ale zamykasz je w swoich, wciąż chodzę na miękkich kolanach, ale jeśli upadnę, to w kraciasty koc z zaczepnymi frędzlami, na poduszkę w litery. 

trochę światła i sporo szarości. świetlne kopuły ponad miasto, kilka gwiazd, kilka świateł w oknach na manhattanie. nieśpiący podróżnicy po nocnych mieszkaniach. ćmy wokół żarówek. od okna do kanapy. rozkładamy tęczowy koc nad miastem-kolorowa płachta, jedna z wielu, polówkowy patchwork. wpadam w nią (znów!) jak w ogromny hamak gdy siedzisz obok i prawie dotykasz mnie ramieniem. i prawie to czuję by za chwilę, na chwilę, poczuć to naprawdę. jest nieważko, jest tak jak w tej sekundzie przed zaśnięciem. wsysa mnie niewidzialna dziura i spadam z uśmiechem na ustach.

kosmos się kruszy. spada nam na głowy pojedynczym fajerwerkiem. rozrasta się, jak mówi mały Alvy Singer, więc kiedyś przebierze miarę no i trach. musi się rozpaść. nigdy wcześniej nie widziałam okruchów kosmosu. woody w żółciach i czerwieniach-przekonujący i uroczy. annie w kapeluszu i krawacie ze swoim 'la-di-da' jak przecinek w zbyt długim zdaniu. postawiony nieumiejętnie i z błędem, ale nie sposób się nie zatrzymać. nie przekroczono tu żadnej granicy. ciepła historia opowiedziana na chłodno. mam ochotę zostać: w nowojorskim mieszkaniu wypełnionym wrzaskiem syreny, w vw garbusie, w jaskrawej kuchni, gdzie homar ściele się gęsto. widzę więcej analogii. tłumaczysz mi wszystko tak składnie jak alvy objaśniający podział na życie, które, no niestety, albo NĘDZNE, albo OKROPNE. 

***

mam ochotę napisać ci, że u mnie w wannie jest od cholery pająków.

Comments

  1. kocham światłocienie,a te twoje tu,są przecudne

    ReplyDelete
  2. fajne cienie, choć rozjechane zwierzaki trochę banalne.. ;-)
    dlaczego większość ludzi teraz to fotografuje???? wszędzie to widzę....o co w tym chodzi???

    niemniej pozdrawiam
    DN

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem