Skip to main content

gdański kocioł słowny



gdańsk czuję w plecach. 60 l. na barkach. łódź oddycha wolniej i dłużej się czeka na tramwaj. i dobrze było wrócić o świcie. nie wszędzie informacja turystyczna mówi o tym jak trafić do nieba. ale cóż, no cóż, dla nas i tak tam nie ma miejscówek. 
przerażający manekin z bydgoszczy w przedziale. gołąb, który udaje kota, który udaje chleb. ukradki i skrawki, drapnięcia paznokci o dzianinę, cackamy się z tym jakby wisiał nad nami wyrok za każdy dotyk. uczysz mnie racjonalizmu. plączę ramiona i cieszę się ze skrawków. wiatr głośno wpada przez uchylone okno. 
słońce wstaje tak, że tylko sted przychodzi mi do głowy. 'złota kula nad wodami'. nikogo innego nie cytuje się w myślach pod takie poranki. na kantach powietrza ktoś zawiązał grube białe firany. znów chciałoby się wysiąść w krajobraz za pociągowym oknem, tak jak o tym napisałeś edek. 
cicha woda i jej fanka. pewnie nie ostatnia! chrum chrum. dumny właściciel solidnych trekkingowych butów. nie muszę przepraszać, że nadepnęłam, bo solidne są, przecież widać! 'no widać, widać, że konkretne'. proszę pana, ja wiem doskonale co to znaczy miłować swoje niezdarte górskie obuwie. 
enemef układa się pod powiekami jak piach. czy woody ma jakąś złotą myśl na okoliczność niewyspania? gdyby chociaż blue moon za oknem, gdyby północ w paryżu, a tu już dzień, budź się, żyj, zwiedzaj cholera. 
'ej, czy serek wsiąka w kanapki?!'
mapa powiewa na wietrze-flaga wywieszona nad stolicą geograficznego nieogarnięcia. głośno, wąskie ścieżki, mało rowerów. dziwny green way na długiej. tłumy. plecak sprowadza mnie do poziomu ale dobrze jest czuć, że idziesz obok. że dajesz o tym znać. jestem sobie zwierzęciem pociągowym na dwie litery! latte w czerwonym garze u lamusa.
wszystkie starorynkowe miasta zlewają się w jedno. oscypki i cukrowa wata. balony i hel do gadania. tymczasowe tatuaże i kolorowe warkoczyki. magnesy na lodówkę i bursztyny w butelkach. grajkowie. jest dobrze, bo z tobą, ale brakuje mi łódzkiego powietrza, żeby trochę odetchnąć. 
grupka staruszek fotografuje tyłek neptuna. tak trzymać! ja obserwuję tęczę w wodnej mgiełce zawieszonej pod słońce. kilka kropel co jakiś czas spada mi na dłonie. chłonę słońce. znikasz na czas nie-do-końca-określony a ja: no radzę sobie przecież ale chwilami-dzieciak we mgle! samemu podróżuje się inaczej. z tobą nie muszę udawać, że dokądś mi śpieszno. nad motławą zimno od wody. szukam cieplejszych miejsc na przetrwanie. 
żółta ściana, oślepiające słońce, kobieta w czarnej smerfetce. nie zdążyłam zapytać o zdjęcie.
kilka podsłuchanych rozmów pod neptunem, przekazane telefonicznie melodie z ratuszowej wieży i z jednej z bram: 'ojej, gdańsk kojarzy mi się z bębnami i akurat je słychać!'. nie ma za co, naprawdę. miasto gada raczej po niemiecku. 

trzy razy upuszczone bułki. są tacy, którzy już by mi wróżyli z tej liczby, z tej przepastnej metafory osnutej wokół pieczywa. no może jednak po prostu pierdołowatość, hm? wypisuję słów kilka na długim pobrzeżu. odprawiam statki krótkim spojrzeniami. ahoj. wracasz, opowiadasz, uciszamy zmęczenie na jeszcze trochę. 'a gdzie panienki chcą dojechać?' to naprawdę aż tak widać [przypomina się hipotetyczna praga]. mapa ignorująca tramwaje. 44A. po drodze duet przy armacie. ekhm! małe deja vu mieszkaniowe. o kurwa. ojacie. tęczowy koc ratuje łóżko. może po prostu tutaj przebywa i nie przebywa kot schrodingera. i ktoś mu nie posprzątał kuwety. bułki jednak najlepsze na świecie, ex aequo z paprykowym serkiem i pomarańczowym jogurtem. no kolacja mistrzów! herbacie udało się smacznie pachnieć przez pudełko. przed podłogą-lawą chronią mnie skandynawskie skarpety. 


jedno zmęczenie za drugie. fajna wymiana.

bolognese. corneliusy, które każdą chodzić mniej. słucham się. czekam. jelitkowo huellego i tymańskiego. dancing, że ja cię przepraszam. więcej rowerów i kolacja mistrzów po raz drugi. odwracam się i jest to moment, w którym chciałabym coś powiedzieć, nazwać coś, ale wszystko wydaje się banalne. świecisz słońcem z oczu i wyglądasz pięknie. co więcej?
najcieplejszy śpiwór na świecie. najzimniejszy nos jaki znają moje policzki. rozmyte statki z kolorowych klocków na horyzoncie. powrotny tramwaj wiezie mnie z tym znajomym niepokojem pod sercem. no wracamy, wracamy.

ale że mc bez kibla?! no i ludzie, co was tyle na tym peronie? księżyc i zegar wiszą nad miastem. przedreptywanie z tu do tam i prawie wymodlony pusty przedział. don't care, tak chcę jechać, z nosem w twoich włosach. 

ja gubię przenośne dyski, gumki do włosów i parasole. no i czasem bilety. czasem we własnej kieszeni. ale nie gubię słów. 

jest taki bilet mpk z niekończącym się czasem przejazdu. stąd do ciebie. 

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem