Skip to main content

kosmici


te wszystkie domy wokół których narosło miasto: skrzypiące furtki porośnięte bluszczem, chłód klatek schodowych, klasy rozrysowane białą kredą na podjazdach, rowery puszczone wolno na trawniki. strefa intymna. patrzę tylko ale miałabym ochotę wsunąć stopę pod ogrodzenie, naruszyć prywatność. zerwać garść trawy należącej do tamtej strony, zagarnąć garść żwiru. czy byłoby tak jak z kamykiem przyniesionym z cmentarza? "nie przynosi się do domu takich rzeczy!" mieliście rację, dziecku nie powinni śnić się zmarli. więc może wejdźmy i połóżmy się w tej trawie. ugnijmy tylko źdźbła i odlećmy jak kosmici. ślady każdej nocy będą coraz wyraźniejsze. może w końcu tubylcy opatrzą się z nami. zaczną wymijać twoje szeroko rozłożone ręce, biedronki paznokci i moje rozsypane włosy. obrysują nas jedynie kredą dla lepszego rozpoznania sytuacji.

powiem ci jak jest: siedzę w pokoju i nie wierzę własnym oczom. każda czynność wydłuża się dziś o kilka minut i ślady tych opóźnień wiszą w powietrzu w postaci białych smug. tak, widać to wyraźnie. myślenie o tobie osiadło jak drobny pył na wszystkich przedmiotach: na grzbietach książek, na trzech zegarach, których już ze sobą nie pogodzę, na parapetach, na mojej pościeli. rozdmuchuję to wszystko jak pole mniszków lekarskich, czekam na więcej ciebie w moich włosach.

'jest takie miejsce gdzie całkiem pięknie traci się czas'

weź się czasie!


Comments

  1. Twoje wpisy budzą we mnie mnóstwo uśpionych myśli

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem