Skip to main content

Posts

Showing posts from September, 2013

jastrząb i fasola

na starej szklance z dymnego arcorocu jest pełno rys i odkruszeń. nie inaczej funkcjonuje ten kawałek świata, w którym się okazjonalnie pojawiam. mówię sobie, że no przecież-nieistotne, że pójdę do lasu i wykrzyczę to z płuc. 'domestos do mózgu'. ale nie robię tego, nie robię też niczego poza tym i tamtym. zalegam w kuchni pachnącej maślakami w occie. nad wycinanką drzew, w przerwie dla przestrzeni zaplanowanej między dwoma budynkami, na niewidzialnej nitce wisi jastrząb podobny z tej odległości do choinkowej ozdoby, ptaka origami dyndającego pod żyrandolem. chcę się zerwać i uciec do lasu jak zaszczute zwierzątko, ale nieruchomieję. dostrzegam, że jest tu dobrze tylko wtedy, kiedy zostawia się mnie w spokoju, pozwala nieostrożnie łykać wiatr, zdejmować różowe skarpetki i badać leśną trawę zbyt miękką stopą. tylko wtedy. a poza tym-biegłabym już do ciebie, po linii prostej, po przekątnej, prosto na J., pod twoją ciężką kołdrę.


wieje w nas wiatr i łazimy po tej żyznej ziemi. jes…

trajink tu ricz

czy ja aby na pewno nie prowokuję? tramwajowa [olmołst] cybulska. ci sami ludzie, których sted podsłuchał w przedziale. po cichu, po cichuteńku, życzą sobie ofiary śmiertelnej. prześledzą dzisiejszy ilustrowany i wypuszczą strużkę powietrza napęczniałego w płucach. dwutlenek węgla i rozczarowanie. 'tak to jest, wychodzi człowiek z domu i już nie wraca. no nieszczęście takie. co oni chcą wyciągać, po co ta karetka. tam nie ma co wyciągać przecież, mówię pani.' w kwestii wyciągania, to może jeszcze na intensywnej wyciągnie kopyta, tak się przecież zdarza. poczekajcie jeszcze, śledźcie bieg wydarzeń. zapamiętałam blade łydki i ściągniętą tenisówkę. dlaczego wypadki ściągają ludziom buty? później już tylko 75 i oczy w słup [to nic, że skręca i jedzie dłużej, to nawet dobrze]. znów ten stan, kiedy za mało powietrza w powietrzu i pęczniejąca substancja szara w głowie. i zgrzytam, zębem o ząb. myślę o tobie. i mówisz mi, że też ci nie tak. i myślę, że to szczęście w nieszczęściu. że …

wystające miejsca

skąd się biorą liście na parkingach przed hipermarketami, gdzie ani ułamka drzewa? miodowe buty, miodowy mokry pies. idę i wącham przejrzystość powietrza. umiesz pokochać to miejsce bardziej? zdołam cię tego nauczyć? spróbuję.  te ciepłe swetry, które owijają nasze ciała tak szczelnie, zawadzają ostatnio o wystające miejsca. miasto zbiera zachłannie kolorowe włóczki jak wskazówki na trasie niezrozumiałych podchodów. tędy będziesz mogła się wycofać, kiedy już zostanie na tobie ostatnia poskręcana żałośnie nitka. ale może to nigdy nie nastąpić. możemy bardzo długo obnosić się z dziurami po kolczastym drucie, zaczepnej klamce, suchej gałęzi. ziejące jamy w swetrach, w ciałach. bez nich nie pokażemy się już publicznie. będą oswojone jak groźne rasy psów, które nie każdy potrafi ułożyć. my potrafimy. szukamy odpowiednich komend by mówić językiem braku i jakoś szyć-mając do tego dwie lewe ręce.
głupi żart, śmieszny zbieg okoliczności. marsz pogrzebowy pod moją mgr, z głupia franc, z cichą ded…

chcenia

wspominam, przypominam [sobie]. mało mnie ostatnio w moim niegdysiejszym życiu. mało mnie w podróżach, w które wyruszacie. jesień już na dobre. jakie tam lato we wrześniu, nie cofniesz kijem wisły. to miesiąc, w którym jak przez gęstą firankę przebijają się do świadomości przebłyski dzieciństwa. rynek, co się już zwinął na wieczór i kółka łyżworolek robiące hałas na kostce brukowej pod białymi dachami z pleksi. powrót zasmarkanym autobusem z dworca ostatniego dnia lata. szklany kot o łapach cieńszych niż giętkie gałązki dzikiej róży, kupiony z kartonu od kobiety, której twarzy nie pamiętam. letnie kolonie w pięknie deszczowym bd i ogromny czarny koń za ogrodzeniem z wiotkiej siatki. wszystko razem. cudownie nieistotne z perspektywy człowieka posiadającego obowiązki i dorosłość subtelnie dmuchającą zimnym oddechem w kark. potrzeba mi lasu, chodzenia po miękkim mchu, mokrego piachu wokół sznurówek, igieł celujących w oko i jak zwykle trafiających w policzek. bo "drzewa nie mają swo…

na balkonie

jest tu dziko posiany ogródek: 3 anorektyczne, rachityczne malwy o kwiatach suchych aż do hipotetycznego łaskotania w nosie. ogródek prawie schulzowski, brakuje tylko sierpniowego upału świecącego kropelkami potu u czół i na szyjach wokół kołnierzyków. malwy ścigają się z drogowym znakiem o to, kto pierwszy do moich stóp, podniebnych prawie. nawet nie wiem które to piętro-zabawne, prawda? nie mam listy życzeń dla hipotetycznie spadających gwiazd, już niczego sobie nie życzę, gdy jesteś. tyle tu ingardenowskich miejsc niedookreślenia i tak naiwnie się ich nie boję.  dziś jest inaczej, jest już jesiennie. to skandynawskie z głośnika, że niby już inne niż poprzednio ale spada podobnymi hipotetycznymi kroplami dźwięków na to uśpione miasto. jest tak, jakby mały skrzat na cienkich pajęczych nóżkach biegał po maźniętej kaligraficznym pędzelkiem, mokrej kresce z tuszu. w tę i z powrotem. samochody uśpiono w szeregu. autobusy z tego miejsca podgląda się z rozkoszą hipotetycznego widza. wszystko…

dym na jesień

dzień, w którym znalazła się stefa.

anagramy na peronie

przekręcam nazwę stacji za każdym razem, celowo, chociaż niewymownie mnie to wkurza i kojarzy się z konkretnym czasem, z konkretnymi wieczorami, miejscami, przy konkretnej muzyce. źle się kojarzy. z twoim suchym poczuciem humoru i śmiechem na siłę. no ale przekręcam. weszło w krew, w nawyk, pod skórę. trochę niepokojąco.  tydzień to tyle co nic? wściekam się jak dzieciak na sama-nie-wiem-co. o 15 z kawałkiem w pociągu tłum i chyba tylko ja jestem poza codziennymi kolejowymi powrotami, tylko ja tak się guzdrzę, zalegam w przejściu, szukam nerwowo biletu po kieszeniach, wsiadam ostatnia, ostatnimi drzwiami. tylko ja siadam tak, jakbym nie siadała w ogóle, jakbym unosiła się centymetr nad swoim miejscem by móc szybciej zerwać się i wysiąść. tylko ja podejmuje ten fatalny wybór siadając twarzą do słońca, które przez szybę jeszcze pokazuje co potrafi, jeszcze pomaga piegom brązowieć a włosom gubić pigment, ostatnia pokazówka na odejście. na zakrętach znika z okiennych ram, wraca na prostych…

reportaż z odjazdu

wróżę nam jesień z czerwonych od wiatru dłoni, z zajmowania miejsc po słonecznej stronie tramwaju. autobusy pocą się od środka, zasnuwają szyby mgiełką i wszystkie światła miasta wyglądają jak matowe mozaiki. kłócę się z wiatrem o twój parasol. pociągam nosem a noski butów przestrzegam przed kałużami. 'dobry dzień na zdjęcia' odczytany z moich myśli. reportaż z odjazdu ma żywe od deszczu kolory. biorę oddech z zieleni liścia na całe 6 dni. odjeżdżasz ot tak. prawie jak metaforycznym tramwajem nach danzig.
miłe niespodzianki na starych ścieżkach. ech, pomidorowe okna! przypomniały się pewne plany niezrealizowane przez opieszałość lub brak wiary w siebie. wraca się jednak, całe szczęście. gdzieś przepadła tylko cała masa słów, do których chciałoby się jeszcze kiedyś wrócić. wypowiedzmy nowe.
no i 85, matko, kiedy to było! jestem dziś retrospekcją.
baba z brodą i z pluszowym niedźwiedziem. wcale nie z cyrku.

wieszak i wierzba

na wieszaku dyndają sprawy mniej ważne. ostatnio nietrudno o takie. czy nie powinnam odwiesić tam wszystkiego oprócz ciebie? to jest właściwie kwestia poza powinnością. to się po prostu dzieje. lubię złudzenia. pamiętam ten dzień w naszej bazie, kiedy siedziałam na wierzbowej gałęzi i byłam przekonana o tym, że rozmawiam z ptakiem. powiedziałaś do mnie wtedy: "przestań gwizdać na chwilę" i okazało się, że ptak mówił nawet wtedy, kiedy nie zadawałam mu pytań. przyjechałabym, ale wierzby już nie ma. nie ma się gdzie schować, staw podano do publicznej wiadomości i świeci suchym dnem jak płaska imitacja księżyca. żaby porozjeżdżane jak dawniej ale to chyba nie wystarczy. sztorm na wdzw, drzwi trzaskają od niezidentyfikowanych przeciągów. zamykam na dolny, oporny zamek, zaszywam się z herbatą. dowyobrażam sobie twoją aktualną przestrzeń, maluję podpowiedziane widoki z okna. 

'jak układasz włosy?'
'jak wiatr zawieje!'

jesteśMY