Skip to main content

anagramy na peronie


przekręcam nazwę stacji za każdym razem, celowo, chociaż niewymownie mnie to wkurza i kojarzy się z konkretnym czasem, z konkretnymi wieczorami, miejscami, przy konkretnej muzyce. źle się kojarzy. z twoim suchym poczuciem humoru i śmiechem na siłę. no ale przekręcam. weszło w krew, w nawyk, pod skórę. trochę niepokojąco. 
tydzień to tyle co nic? wściekam się jak dzieciak na sama-nie-wiem-co. o 15 z kawałkiem w pociągu tłum i chyba tylko ja jestem poza codziennymi kolejowymi powrotami, tylko ja tak się guzdrzę, zalegam w przejściu, szukam nerwowo biletu po kieszeniach, wsiadam ostatnia, ostatnimi drzwiami. tylko ja siadam tak, jakbym nie siadała w ogóle, jakbym unosiła się centymetr nad swoim miejscem by móc szybciej zerwać się i wysiąść. tylko ja podejmuje ten fatalny wybór siadając twarzą do słońca, które przez szybę jeszcze pokazuje co potrafi, jeszcze pomaga piegom brązowieć a włosom gubić pigment, ostatnia pokazówka na odejście. na zakrętach znika z okiennych ram, wraca na prostych. 
na prawo i lewo historie o pierwszych dniach w szkole, o złamanych przez wakacje kończynach, o pogodzie ['będzie jeszcze lato we wrześniu, oj będzie!' akurat]. zamykam oczy, skręcam się w sobie jak supełek, piszę do ciebie o naszym 'po prostu' żeby trochę odetchnąć i nie przelać się w sobie, nie osiągnąć temperatury wrzenia. mijane stacje i jest trochę tak, jakby każda kolejna coraz bardziej w jesieni. jadę w jesień. czekam na dym z palonych po ogrodach liści by mieć pełen obraz. 
wysiadam i gubię się w tłumie. plączę się jak szczeniak pod nogami. i nagle zjawiasz się z naprzeciwka i uświadamiam sobie, że nie było między nami żadnych głupich wątpliwości. żadnych 'ale czy będzie tak samo', 'ale czy będziemy umiały mówić do siebie'. przecież to oczywiste! nie poddałaś mnie w wątpliwość. ani ja ciebie. chce się powiedzieć wszystko na jednym wydechu. ale snujemy się trochę, trochę przyglądamy sobie spojrzeniami rzucanymi po przekątnej. piękna jak zawsze. krety noszą warkocze! można nim zmierzyć czas w którym się nie widziałyśmy. mieści się w 3 ostatnich splotach i małym pędzelku. trochę tego jest. zaplanowałam dla nas las, ale siedzimy na tej ławce słonecznej do połowy pod prowincjonalnym parasolem tyskiego. rozmowa snuje się jak dym. jesienny. jestem spokojniejsza, ty też to widzisz. opowiadaMY. jeśli kiedykolwiek wejdę w tę trudną rolę, będę uczyć się jej od ciebie, jak słowo daję. trochę o imionach i zbożowej kawie. trochę o sile zapachu (o tak!), trochę o tym jak to było kiedyś, jak przejeżdżało się pół polski i o włos unikało czołowego z tirem. no ludzie! potrafiłybyśmy tak dzisiaj? 
w mieście, które padło ofiarą moich anagramów jest tak, jak w innym sennym miejscu o drzewach przystrzyżonych w niedoskonałe kule. podobieństwa są oczywiste. jestem przekonana, że jeśli wezmę ostatni łyk, wstanę i pójdę w dół ulicy, widok otworzy się w końcu na jezioro a mój nos wychwyci zapach rozpalanych grillów i mokrych namiotowych tropików schnących w ostatnich promieniach słońca. zejdę po schodach z szarej płyty, które każą stawiać po dwa kroki na każdym stopniu [znów narzekamy jakie to niewygodne]. do butów nasypie mi się piach z cichej o tej porze plaży. usiądę na pomoście, popatrzę w pomarszczony od wody, wczesny księżyc, który zawsze dryfuje, nigdy nie tonie. 
na peronie 2 jest cicho i słońce maluje wzory na murach prawie pustej poczekalni. 5 minut opóźnienia dla pociągu do białegostoku-może po to, żeby kupić na niego bilet i pojechać przed siebie? kiedyś, jeszcze nie teraz. ale kiedyś tak. opowiadam ci, że czasem czuję się złym człowiekiem. i o sprawach, o których lepiej milczeć do wszystkich poza tobą. czas jasny już zrelacjonowany, teraz ciemny pcha się na usta. rozczarowania i szarości. 'nie wiem', do którego przyznaję się przed sobą na głos po raz pierwszy. no bo rzeczywiście. mówisz, że 'tak musi być'. może. nie wiem.
podjeżdża osobowy i puszczamy go wolno. może nadrobi opóźnienie gdzieś po drodze. mam ochotę spóźnić się na swój regio. fajnie było. no wiem. ściskam cię mocno i trochę wątpię, że zobaczymy się tak szybko jak nam się to roi w głowach. ale może. może... nie wiem. przecież wolno mi nie wiedzieć.
śniły mi się noc przed te wszystkie pociągowe zawirowania. że jestem gdzieś, ale to nie tu gdzie miałam być i nie wiadomo co dalej. znów proroczo. stoimy w j., gasną nam światła w przedziale. bieganina mówiąca o tym, że trochę to potrwa. sms od ciebie: 'ale był świetny zachód słońca'! o tym samym pomyślałam i myślę. jestem spokojna i uśmiecham się. przecież im dłużej będę wracać, tym lepiej. 

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem