Skip to main content

Posts

Showing posts from October, 2013

mamo mam malarię

Zaśpijmy dzisiaj – będzie fajnie. Zaśpijmy specjalnie. Udajmy gorączkę, udajmy malarię. Olejmy awizo, zignorujmy dzwonki, grajmy zaginionych, tylko troszkę martwych. Zaśpijmy zupełnie – dzień dniem bez nas zróbmy. Bez nas się obejdą te ważne spotkania, te straszne wypadki. Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic.
Fleszmob Agnieszka Wolny-Hamkało

jaja przepiórcze

andrzej wolał analogowe czajniki od elektrycznych. dźwięk tarcia metalowego spodu o metal rusztów, oporny gwizdek, o który trzeba się poparzyć dla zasady, urywane wycie, z początku suchotnicze, z czasem coraz odważniej poczynające sobie w ślepej kuchni. niebieski płomień jak leśny ognik na poplątanych ścieżkach w lesie. można powiedzieć, że Andrzej cenił sobie tradycję i bezpieczną niezmienność. ale tego dnia, zdawało się, zapomniał całkiem o swoich predylekcjach. zaszalał. poszedł na żywioł. siedząc w kuchni przed wytłaczanką ozdobioną zdjęciem ze zgrabnym profilem przepiórki, oddawał się lekturze słów z nowego spożywczego porządku: -aminy -awiny -aniny z przeróżnymi prefiksami. A, B1, B12, wyliczanka na cześć bycia fit&healthly. musisz być świadomy, andrzeju, jak wiele cię dotychczas omijało, jak bardzo byłeś wykluczony ze społeczeństwa. musisz wiedzieć, że przepiórki przewyższają kury. że kury są nudne. jaja od kury to ma w lodówce każdy nowak i układa je w rządku zgrubiałymi o…

mięta

spróbuj gumy orbit, trochę innej mięty. nieco sfabrykowanej, mniej żałosnej w smaku. E-tysiącpięćsetstodziewięćset. zęby zagryza się jednak tak samo w obu przypadkach. jesteś w semantycznym polu bólu żołądka, w zimnym, szczytowym mieszkaniu na 11 piętrze. nikt nie przychodzi nawet po klucz do suszarni. masz czas, żeby roztrząsać po raz kolejny tę natrętną myśl: że patroni ulic są tylko figurami z wosku stawianymi w twoich jałowych skojarzeniach, pustymi w środku jak bożonarodzeniowe mikołaje z czekoladopodobnego gówna. piłsudskiego. śmigłego-rydza. szpital korczaka. to tylko głos nie wiadomo skąd, tramwajowa mantra. zapewne ernest h. miał rację. wszystko smakuje jak lukrecja. a najbardziej to, na co czekało się z napięciem. z niecierpliwością, w której wyraźnie słychać jak rosną paznokcie.
polubiłam migotliwą munro, u której z kolei słychać, jak zboże rośnie nocą.
kilka dni wstecz huśtałyśmy się pod wielką białą meduzą. fajnie było.

jarzeniówki

— Czasem to tak wiesz, jadę tramwajem i myślę, że chciałbym odwiedzać biblioteki. Ale nie wszystkie. Tylko te, w których baby posadzone za starymi biurkami w kolorze ochry, nie mają nic do roboty. Jesienią to się rzuca w oczy, nie? — Pogięło cię. — Bo byłoby chyba całkiem nieźle, żeby te baby nie wsiąkły tak zupełnie w depresyjne światło jarzeniówek. Wiesz o czym mówię? Czy jest coś bardziej depresyjnego od bibliotekarki pod jarzeniówką? To ja bym chciał właśnie bywać codziennie w jednej miejskiej bibliotece. Wybierałbym te najmniejsze, wciśnięte nie wiadomo po co w przestrzeń dzielnic, których nikt nie podejrzewa o czytelnictwo. I tam na półkach O psie, który jeździł koleją i Dzieci z Bullerbyn. Od wejścia postanowię, że nauczę się wreszcie odróżniać Lasse od Bosse.
— Srosse. Sam napiszę książkę. O życiu. O tym co tu i teraz. — O facecie, który potknął się o dużego, białego psa?
— Ciebie naprawdę pogięło...

biegam, czytam, piszę. buduję dialogi. kobieta-rakieta potrafiła mnie obudzić do te…

analitycy cieni

osa obudzona [oszukana?] piętnastoma stopniami ciepła w październiku, uderza o zamknięte drzwi tramwaju linii numer 3. osy walą głową w mur z wyczuciem i bystrością, nie to co muchy. drzwi się otwierają, serio. osa wylatuje i tyle ją widzimy. jestem spokojniejsza. przed chwilą układałam plan ucieczki, teraz oddycham swobodnie. muzyka końca lata prosto do ucha. 'za długi paznokieć, śpioch w oku'. wiem, że wybrałam dobrą ścieżkę pod tę krótką podróż. obok facet w kurtce ze sparciałymi gumkami ściągaczy. metka 'fashion'. jakieś perfumy, które poniosę kilka przecznic ze sobą. zielony, zbyt długi płaszcz układa się na schodach jak dywanik. a później ten obrazek, jakby pisał go huelle. chłopaki z trzepaka, niedziela, odrobione lekcje. tylko oni i przestrzeń podwórka. oni tu rządzą, czaisz? żeby móc podglądać tramwaje i ludzi w tramwajach, to albo zgiąć całą swoją postać i zmieścić się w szczelinie poniżej falistej blachy, albo wyciągnąć szyję aż pojawią się na niej żyły i bę…

puzzle z samym niebem

— Pojedźmy może pod pawilon handlowy. Te zadaszenia między sklepami mają taką drewnianą podsufitkę, pamiętasz? Jeździliśmy tam na rowerach. Miała taki intensywny żółty kolor i zapach. — Co ty gadasz? — Nic. Mówię ci po prostu. Tuż obok były działki, a wzdłuż nich biegła ścieżka zdrowia, jedyna ścieżka zdrowia jaką widziałem w życiu. Dziś nic z niej już prawie nie zostało. W miejscu, w którym znajdował się czerwony komin, nie ma dziś nic ciekawego. Tylko tafla wody, czasem przepłynie kaczka. To właśnie jedna z tajemnic mojego dzieciństwa. Jej też już nigdy nie wyjaśnię. — Powiedz mi, proszę… — Co? — Czy z tobą jest coś nie tak?  I nie chcę słyszeć haseł, że jesteś pisarzem, że w związku z tym masz prawo nie ułożyć sobie życia, albo że potrafisz się zachwycać płytami chodnikowymi czy spękanym asfaltem… — No, potrafię. No, wiadomo. No. — Tylko, że dla mnie to idiotyczne, ale, ale, nie przerywaj mi, bo chodzi mi, kochanie, o to, że ty jesteś gdzieś w innym świecie, nie mam nic przeciwko drewniane…