Skip to main content

jaja przepiórcze

andrzej wolał analogowe czajniki od elektrycznych. dźwięk tarcia metalowego spodu o metal rusztów, oporny gwizdek, o który trzeba się poparzyć dla zasady, urywane wycie, z początku suchotnicze, z czasem coraz odważniej poczynające sobie w ślepej kuchni. niebieski płomień jak leśny ognik na poplątanych ścieżkach w lesie. można powiedzieć, że Andrzej cenił sobie tradycję i bezpieczną niezmienność. ale tego dnia, zdawało się, zapomniał całkiem o swoich predylekcjach. zaszalał. poszedł na żywioł. siedząc w kuchni przed wytłaczanką ozdobioną zdjęciem ze zgrabnym profilem przepiórki, oddawał się lekturze słów z nowego spożywczego porządku: -aminy -awiny -aniny z przeróżnymi prefiksami. A, B1, B12, wyliczanka na cześć bycia fit&healthly. musisz być świadomy, andrzeju, jak wiele cię dotychczas omijało, jak bardzo byłeś wykluczony ze społeczeństwa. musisz wiedzieć, że przepiórki przewyższają kury. że kury są nudne. jaja od kury to ma w lodówce każdy nowak i układa je w rządku zgrubiałymi od przeciętności paluchami. no naprawdę, trochę oryginalności, trochę wiedzy o wartości konsumpcyjnej przepiórczych jaj. mamy na nią dowody liczbowe. liczby bardzo przemawiają do klientów jak wynika z naszych prognoz. żelazo, fosfor, miedź, cynk. tyle a tyle więcej. kruche, owalne przejawy jaskrawych kolorów z układów okresowych rozwieszonych po chemicznych salach liceów. skojarzenie trafiające na żyzny grunt: andrzej zawsze sobie cenił literaturę resentymentu, no taki już jest. gdyby porzucił lekturę w tym miejscu, mógłby uznać styl autora za dość miałki, zbyt buchalteryjny, ale rzadko kiedy zostawia raz zaczęty rozdział powieści. to nie w jego stylu. dalej jest tylko lepiej. andrzej aż rośnie w swoich krótkowidzących oczach i czubkiem głowy zahacza o wysoko ustawioną poprzeczkę. to poprzeczka wyznaczająca trudny do osiągnięcia cel bycia okazem zdrowia. andrzej nie jest na nic uczulony, nie ma też astmy, ale to przecież nie szkodzi ─ dopowiada sobie po cichu. mógł kupić te jajka i bez tego. bo to nigdy nie wiadomo, lepiej dmuchać na zimne, tyle się mówi o profilaktyce. najlepiej spożyć przed, długi termin. może by tak nie jeść wcale, może szkoda. jest jednak cała kolumna zastosowań, wyłożonych jasno, po myślnikach, które mogą posłużyć andrzejowi jako początek pięknych kulinarnych historii. jajecznica, sałatki, kanapki, tatar, barszcz, żurek. nagły mars na czole przy dzieciach i maseczkach kosmetycznych-nieosiągalnych obszarach użytkowania przepiórczych jaj. no i duży udział żółtka w stosunku [do całego jaja]. akurat o tych sprawach andrzej ma mgliste pojęcie. już wystarczy czytania, andrzeju — po zakupie przechowywać w lodówce.

®

Comments

  1. Homo scriptor... Piękne! I tak bardzo dobrze brzmi, krótkie, wyraziste, dwa razy er, aż miło mówić. Na nowy login jak najbardziej, ale z drugiej strony też tęskniłabym strasznie za pericardium!

    Ujednolicona wizja osobowości, hm. Wiesz, myślę, że to się chyba w ogóle nie da osiągnąć. Wszystko co ma wpływ, tak się zmienia w czasie, że sami jesteśmy trochę jak kostka Rubika. Co chwila inny układ. I chyba na szczęście!


    PS jestem pod wrażeniem tego wpisu, Panno E. Treścią jest tak bliski, normalny, znajomy, że niby łatwo można by się znudzić czy cokolwiek z tej szuflady, ale rytm tych wszystkich zdań, żywość, cała struktura nie daje się odczepić - jest tak udana i właściwa Tobie. Dobrze zapisany kawał Internetów!

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem