Skip to main content

Posts

Showing posts from November, 2013

wata i kroton

jak długo rośnie drzewo? to zależy, to różnie. ale raczej braknie ci palców u dłoni i stóp, żeby policzyć. na przykład taki dąb. dąb jest drzewem długowiecznym, a jego młodość kończy się w wieku 120 lat. jesion, pod który zawsze chodziło się na koc z kompotem w szklance z cienkiego szkła, rośnie dość szybko. zdarzają się nawet czterystuletnie jesiony, ale nie wiem jak wiele widział już ten nasz, oprócz moich zdzieranych na szlace kolan, twoich pierwszych kroków, oprócz światła rzeźbiącego piegi największego z kamieni leżących obok rowu. brzozy na kołyski dla niemowląt rzadko przekraczają dwusetkę. myślę, że wycieńcza je znacznie konieczność odganiania duchów po północnych stronach grobów. przedzieram się przez poranny przymrozek zagarniający dla siebie drobne, wciąż zielone, liście koniczyny. prawie ich nie zauważam, prawie przechodzę mimo niezgrabnych, groteskowych konstrukcji podtrzymujących pnie cienkie jak tulipanowe łodygi. równo przycięte deseczki w kolorze wnętrza drzew, straż …

z taboretem w oknie

to ja, lat 5. jest rok 1994. na moich pełnych, dziecięcych łydkach odciskają się brzegi taboretu oklejonego drewnopodobną taśmą. mała kuchenna mistyfikacja. małe niegroźne bruzdy. sterta poduszek, która nie współpracuje, nie spełnia postawionych przed nią wymagań. niektóre zsuwają się na boki, przesypują jedne z drugich, tworzą iluzoryczny, prawie niezauważalny ruch. poduszkowy sztorm. najmniej posłuszne są te zdjęte z przyczółków dziecięcego łóżka, przeszyte guzikami, które od spodu pachną metalem. gdy za długo miętosić je w dłoniach, można spodziewać się metalicznego zapachu na opuszkach palców. osuwam się więc, opadam jak zbyt długo stojący w ciepłym, kilkuwarstwowy tort z kremem. bez wisienki, bo ta turla się już po podłodze. wyglądam przez okno. nie muszę już wysyłać na zwiady czubka ciekawskiej brody ani stawać na palcach. jest jeden z tych dni, w których przymrozek folguje nieco słońcu i pozwala mu gościć się w powietrzu z wyjątkową jaskrawością-świadomy swojej przewagi. łódź o…

bakłażan i szafa

padało intensywnie ale od niedawna. ziemia oblepiona skorupą asfaltu nie zdążyła jeszcze wyprodukować nadmiaru dżdżownic, które trzeba będzie później przezornie omijać żabimi skokami. wychodzę trochę po nic, a trochę po to, żeby przeciągnąć kwieciste nogawki po kałużach. 'wyglądasz jak w pidżamie', no trochę tak, zgoda. bakłażanowy palec gnieździ się w bucie i przy każdym kroku daje o sobie znać. pęknięta ze słodkim chrzęstem kostka. fioletowe plamy jak na ozdobnej fasoli. małe kuriozum. może to rzeczywiście symptomatyczne. może odbieram karę za nieuzasadnioną winę. jedna mała kostka za słabość do tej konkretnej kombinacji chromosomów, za wykluczenie igreków z osobistych predylekcji. na razie tyle, a potem się jeszcze zobaczy, więc uważaj no! idę i uważam. co jakiś czas kropla z parasola wyznacza sobie tę perfekcyjną trajektorię lotu i wpada mi do buta. w okolicach pięty powstaje supełek zimnego dreszczu. moknę. podśmiewam się kącikiem ust z tej taniej deszczowej symboliki. k …