Skip to main content

bakłażan i szafa




padało intensywnie ale od niedawna. ziemia oblepiona skorupą asfaltu nie zdążyła jeszcze wyprodukować nadmiaru dżdżownic, które trzeba będzie później przezornie omijać żabimi skokami. wychodzę trochę po nic, a trochę po to, żeby przeciągnąć kwieciste nogawki po kałużach. 'wyglądasz jak w pidżamie', no trochę tak, zgoda. bakłażanowy palec gnieździ się w bucie i przy każdym kroku daje o sobie znać. pęknięta ze słodkim chrzęstem kostka. fioletowe plamy jak na ozdobnej fasoli. małe kuriozum. może to rzeczywiście symptomatyczne. może odbieram karę za nieuzasadnioną winę. jedna mała kostka za słabość do tej konkretnej kombinacji chromosomów, za wykluczenie igreków z osobistych predylekcji. na razie tyle, a potem się jeszcze zobaczy, więc uważaj no! idę i uważam. co jakiś czas kropla z parasola wyznacza sobie tę perfekcyjną trajektorię lotu i wpada mi do buta. w okolicach pięty powstaje supełek zimnego dreszczu. moknę. podśmiewam się kącikiem ust z tej taniej deszczowej symboliki. k jak katarsis z reklamy szpreju do przepychania nosa. litość i trwoga. z naiwnością galów obawiam się, że to ciężkie niebo spadnie mi na głowę, bo wisi już całkiem nisko. zataczam koło i wracam jak pijana, mokra wrona ze sznurkiem wokół ptasiej kończyny.
może poza szafą świat jest po prostu bardziej jaskrawy i trzeba do niego przyzwyczaić oczy?

wspominamy szeptem. z ust do ucha. po uszy. 
nie boję się. będę [próbować].

Comments

  1. jedna mała kostka za słabość do tej konkretnej kombinacji chromosomów, za wykluczenie igreków z osobistych predylekcji.- o to zdanie jest najmocniejsze.
    a od siebie dopiszę: intrygujący spacer po jak to określiła Jolanta Brach Czaina - szczelinach istnienia.

    ReplyDelete
    Replies
    1. to ciekawe, że akurat to :) a ten mój spacer to trochę niespacerowy, bo poza intencją nieco

      Delete
  2. Ciekawe czemu wszystko, co ma w sobie żar, nazywa się słabością.

    ReplyDelete
    Replies
    1. rzeczywiście, znamienne. i ukryte za słownymi schematami.

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem