Skip to main content

z taboretem w oknie



to ja, lat 5. jest rok 1994. na moich pełnych, dziecięcych łydkach odciskają się brzegi taboretu oklejonego drewnopodobną taśmą. mała kuchenna mistyfikacja. małe niegroźne bruzdy. sterta poduszek, która nie współpracuje, nie spełnia postawionych przed nią wymagań. niektóre zsuwają się na boki, przesypują jedne z drugich, tworzą iluzoryczny, prawie niezauważalny ruch. poduszkowy sztorm. najmniej posłuszne są te zdjęte z przyczółków dziecięcego łóżka, przeszyte guzikami, które od spodu pachną metalem. gdy za długo miętosić je w dłoniach, można spodziewać się metalicznego zapachu na opuszkach palców. osuwam się więc, opadam jak zbyt długo stojący w ciepłym, kilkuwarstwowy tort z kremem. bez wisienki, bo ta turla się już po podłodze. wyglądam przez okno. nie muszę już wysyłać na zwiady czubka ciekawskiej brody ani stawać na palcach. jest jeden z tych dni, w których przymrozek folguje nieco słońcu i pozwala mu gościć się w powietrzu z wyjątkową jaskrawością-świadomy swojej przewagi. łódź odbiera się stąd warstwami. warstwa dwupasmowej ulicy, warstwa kasztanowych alei, warstwa torów kolejowych i warstwa niemiejskich pól [twoje, moje miejsce]. liczę kolorowe wagony towarowych pociągów jak czujny dróżnik. i ten jeden szczegół odciśnięty w pamięci za pomocą fioletowej, słodko pachnącej kalki-chmara połyskujących w słońcu gołębi.
to ja, lat 24. jest rok 2013. siedzimy w twojej kuchni z czakramem, o którym jeszcze nie wiedzą sąsiedzi i media. trójka gra raz na jesień, raz na zimę, bo o kluczach żurawi i na kolędową melodię z anną marią j. światło późnego poranka rozkłada się równomiernie na wszystkich sprzętach. nie wspinam się na taboret z pożytkiem dla łydek. teraz czasem przesuwa się po nich twoja mała, zgrabna dłoń. jajka podskakują w garnuszku a chleb nie płacze, dając się podpiekać na rumiany kolor. mam na bluzce kilka paprochów z koca, kilka włosów, które sypią się już chyba na złość. i mam czas, żeby to widzieć. za oknem porośnięte mchem garaże, jemioła na wysokich drzewach i te same gołębie. niewielka i ważna jak przecinek: przyrastasz do moich kolan, do moich ramion.

ciasto z różowym.
dziewiętnastowieczna parafialna kaligrafia.
burger dwójka w rozmiarze L, polarowy skrzat w rozmiarze XS!

[live stream z warszawy. jestem przerażona. autentycznie się boję. boję się. bo-ję-się]

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem