Skip to main content

Posts

Showing posts from December, 2013

aseptyczność

koślawo pocięty imbir, fikuśne goździki i pomarańcze kołują powoli w dzbanku z wrzątkiem. zalałam przed chwilą i wdycham słodkawo-ostry zapach. jeszcze miód, jak przestygnie. pora wygonić katar. tatuś muminka opowiada o swoim dzieciństwie. ma przy tym szalenie metatekstowe refleksje. czy tatuś to tove? nigdy się nie zastanawiałam. i nigdy wcześniej nie wiedziałam o istnieniu joka, który budząc się ze snu miał w zwyczaju wydawać z siebie beztroskie "hupp, haff". co jakiś czas przesuwam palcem wskazującym po drewnianym pudełku. próbuję nie otwierać go co zbyt często, ale dźwięk brązowej gumki naciąganej na sosnowy guzik budzi dziwnie miłe, nieco szorstkie skojarzenia. płynę przez ten jałowy dzień jak łupinowy stateczek ze zbędną flagą na wykałaczce. kręcę małe kółka obolałymi kostkami, w których zebrało się chyba zbyt dużo wody lub krwi. nadgarstki pęcznieją, jakby przerażał je ten nadmiar w ciele, jakby chciały się czym prędzej otworzyć na świat nie wiedząc jak to uczynić.  w t…

in my wet boots, in my winter cloths

zima zawraca ku chłodnym wieczorom późnego sierpnia. siedzimy w budzie robura i pachnie ropą. żółty wunder baum stracił kolor od słońca i nie podejmuje próby sił. mam na sobie czarne szorty i sweter, który da się naciągnąć na kolana trzymane pod brodą. na łydkach falami kwitnie mi gęsia skórka. zapowiada jesień. od piętnastu minut hipnotycznie wycieram w ściegi swetra jabłko spod tych drzew, na które patrzymy przez ścianę wieczornego słońca. szyba auta jest brudna od kurzu nieasfaltowych dróg i ubrana w truchła owadów. twoje kolana zginają się słodko i leniwie, przerzucone przez okno bez szyby. hałasujesz zaczepnie i metodycznie, uderzając podeszwą o metalowe, pordzewiałe drzwi. z taką konsekwencją bębnią o parapet tylko krople deszczu, urządzające sobie desant z dachu po letniej ulewie. gdzieś w stopach plącze mi się butelka czerwonej, ciepłej od upału dnia oranżady bez gazu. palimy dziwne papierosy dziadka. są zmięte i koślawe. nosiłaś je cały dzień w tylnej kieszeni spodni. były ta…

o pościeli i przełomie

przypomniałam sobie moje śniade od słońca ramiona owijane na noc w kokon z chłodnej pościeli, która pachniała krochmalem. ramiona całe w piegach, sprężyste i przykurzone zwożonym całe dnie zbożem, z białawym, rozdrapanym placem po ugryzieniu komara rozrastającym się w stronę szyi. przypomniałam sobie strupy na kolanach, świeże, wciąż grubiejące od wewnątrz cichą pracą krwi. naruszone w kąpieli, wplątywały się cichcem w niepozorne kłaczki koca. nocą moje włosy wydzielały zapach wodorostów i nieprzejrzystych wód jeziora. mrówki, orientując się w sytuacji, zaczynały wynosić z mojej głowy po jednym ziarenku. każde z ziarenek było umieszczane w szczególnym miejscu. chodziło o to, by błyszczało w słońcu i ciążyło pod sercem tym duszącym pragnieniem nieznanego. 
dzieją się historie, snują się słowa, mówimy do siebie. zwielokrotniło się we mnie wszystko co dobre. top fajf [musiałam, żeby nie zapomnieć!] kolejna odsłona kury. 51,30. to jest sierpień w grudniu po niewielkim tuningu.



leśny

Druga klatka bloku czterysta pięćdziesiąt dwa miała swoje zwyczaje i nie lubiła, by ją pozbawiać rytualnych przyjemności. O piątej rano podłogi klatki pokrywały się warstwą lizolu i przez jakiś czas mogły się szczycić, intensywniejszym niż zwykle, odcieniem szarości. Była to jednak przyjemność z gatunku tych ulotnych, skatalogowana gdzieś pomiędzy ozonem w poburzowym powietrzu a zapachem maciejki. Jak to w życiu ― należało wciąż podnosić poprzeczkę. Klatka bloku czterysta pięćdziesiąt dwa sięgała zatem po więcej. Zdarzało się, że z rozmysłem psuła windę by posłuchać szybkich kroków dudniących na schodach, poddawała okna silnym wiatrom a wtedy na którymś z półpięter lądował zdezorientowany, siny gołąb. Gołąb jednym przestraszonym okiem obserwował klatkę, a klatka obserwowała gołębia, egoistycznie nie wskazując powrotnej drogi. Wszyscy czuliśmy, że klatka żyje tak jak my, że czasem drży od wewnątrz próbując złapać z nami kontakt, że stawia nam na drodze sąsiadki z ratlerkami na smyczy, …

herta o pisaniu

„Zewnętrznie pisanie przypomina być może mówienie. Ale wewnętrznie wymaga samotności. Napisane zdania stoją wobec przeżytych faktów w takiej relacji jak milczenie wobec mówienia. Podczas gdy ustawiam moje przeżycia w zdaniach, zaczyna się upiorna przeprowadzka. Wnętrzności faktów zostają zapakowane w słowa, uczą się chodzić i przemieszczają w miejsce nie znane na początku przeprowadzki. Żeby pozostać przy tym obrazie: czuję się podczas pisania tak, jakby ktoś ustawił łóżko w lesie, krzesło w jabłku, jakby ulica przebiegała przez palec. Ale czasem jest również odwrotnie: torebka staje się większa od miasta, białko oka większe od ściany, zegarek na rękę większy od księżyca.ˮ
Król kłania się i zabija, Herta Müller (zbiór esejów)

gęsto, opresyjnie, intensywnie.
UL/KR i brzydkie, i duszne rzeczy.


a w noc jadę nyską z kleyffem.