Skip to main content

in my wet boots, in my winter cloths




zima zawraca ku chłodnym wieczorom późnego sierpnia. siedzimy w budzie robura i pachnie ropą. żółty wunder baum stracił kolor od słońca i nie podejmuje próby sił. mam na sobie czarne szorty i sweter, który da się naciągnąć na kolana trzymane pod brodą. na łydkach falami kwitnie mi gęsia skórka. zapowiada jesień. od piętnastu minut hipnotycznie wycieram w ściegi swetra jabłko spod tych drzew, na które patrzymy przez ścianę wieczornego słońca. szyba auta jest brudna od kurzu nieasfaltowych dróg i ubrana w truchła owadów. twoje kolana zginają się słodko i leniwie, przerzucone przez okno bez szyby. hałasujesz zaczepnie i metodycznie, uderzając podeszwą o metalowe, pordzewiałe drzwi. z taką konsekwencją bębnią o parapet tylko krople deszczu, urządzające sobie desant z dachu po letniej ulewie. gdzieś w stopach plącze mi się butelka czerwonej, ciepłej od upału dnia oranżady bez gazu. palimy dziwne papierosy dziadka. są zmięte i koślawe. nosiłaś je cały dzień w tylnej kieszeni spodni. były tam także wtedy, kiedy pod twoim białym ciałem uginało się siano pachnące mdłym powietrzem i polnymi myszami. wyglądasz jak ta dziewczyna ze zdjęcia. nie powiem którego.
przypominamy sobie teraz wszystkie deszczowe wieczory, spędzone na snuciu się po mieście, na zaglądaniu do sklepowych witryn, w życie manekinów, książkowych atrap i pluszowych zajęcy z wahadłowym mechanizmem umieszczonym w sztywnych korpusach. tutaj też zaczyna kropić. nie zabieram nogi ze schodka. z każdą kroplą uruchamia się pod skórą nowy skurcz włosowego mieszka. podaję ci do ust wypolerowane jabłko, którym zagryzasz dym. czekamy na pierwsze gwiazdy. za jakiś czas zaczniemy wypatrywać ostatnich. nie zdarzy się tu wiele. oranżada nasiąknie chłodem nocy, zdrętwieją ci nogi. pod samochód zbiegną się kurczaki o głupawym spojrzeniu, przeczuwając, że deszcz dziś pokaże na co go stać.


muzycznym sprawcą wpisu jest Gustavo 

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem