Skip to main content

Posts

Showing posts from 2014

czas przeszły, powracający

jabłka były niedojrzałe
było ciepło
chodziłyśmy po ulicach

południowy wschód

boję się, że miejsca zmieniają się pod moją nieobecność a nawet na pewno wiem, że tak jest tylko patrzę pod nogi i trochę udaję
sale gimnastyczne w gimnazjach stały się sterylne i nie pachną materacami wygniecionymi przez cherlawe plecy ze skoliozą, z brązowymi plamkami na kręgach
stołówki przestały podawać ryż z truskawkami i śmietaną. w ogóle ryż nie lepi się już w bryły a herbata stygnie nie pękając na wierzchu 
boję się, że miejsca całkiem przestają mieć znaczenie że zawiśniemy wszyscy w jasnej kuli światła że ktoś odkazi nam z piachu poobijane kolana

peryskopy

nie wyhodowałam słów.

przypomniało mi się

tak jak przypomina się wiele rzeczy:
że biała suka dziadków miała ogon ucięty po nic,
że buki są zimne jak nogi nieboszczyków,
że coś na pewno wyryłyśmy w bazie chociaż parzyły nas pokrzywy
zanim dorosłość unieważniła wszystkie przysięgi.

ciotka

gdy przyjeżdżała ciotka z Tomaszowa spaliśmy w poprzek. troje, nie licząc mnie, niepoliczalnego człowieka, dla którego zaczynała się właśnie jakaś przedziwna przygoda. pod piętami dorosłych stały krzesła i podtrzymywały to, co nie mieściło się na tapczanie zakurzonym i żółtym jak zjełczały ser. drewniane mieszkania korników niczym stelaże zbudowane w krainie liliputów pod ciała śpiących olbrzymów, którzy bezgłośnie spadli nie wiadomo skąd. ciotka przyjechała tu zza trzech przesiadek na dziwnych stacjach, aż na trzy tygodnie. pachniała drukiem upchanych w torbie dzienników sprzed miesiąca i zaduchem kolejowego wagonu. jej nieujarzmione włosy musiały długo ugniatać zielone zasłonki z misternie dzierganym napisem PKP, kiedy ciotka spała śniąc koszmar o przegapianiu właściwej stacji, której nikt nie oznaczył żadnym rozpoznawczym napisem ani nie obdarzył halą dworca. teraz znów cicho drzemała płytkim snem spływającym na nas zawsze w obcych mieszkaniach, oddzielona od wujka moim ciałem. ni…

peleton start. kolaże.

jest już pierwszy post! (a zdaje nam się, że będą kolejne).  chodźcie jeśli chcecie:
blogspot
facebook

końcówka banana

w naszych dziecięcych, miękkich głowach, żądnych dramatów, (które jakoś nie chciały się dziać między jedną japońską kreskówką na RTLu a drugą), powstało mnóstwo teorii na temat nienazwanej grozy czyhającej w końcówkach banana. byłam zwolenniczką tej mówiącej o egzotycznym robaku, o bananowym czerwiu, który wlazł do środka w afryce po to, by wyleźć w polsce prosto do mojego układu pokarmowego i siać tam spustoszenie. jeśli nie było go w bananie osobiście, a mogło się to wydarzyć naprawdę z wielu powodów, zostawiał tam robalowate jaja przez co miałam szansę stać się naiwnym inkubatorem dla afrykańskich owadzich noworodków. nic przyjemnego. w całkowitej ciszy i niemałym skupieniu obserwowałam więc wymuszane odcinanie obu bananowych końcówek i czasami wydawało mi się, że robal wystawia łeb, by zakląć, pogrozić mi i zapowiedzieć, że jeśli nie tym razem, to kiedyś na pewno go skonsumuję ― przez lenistwo albo na skutek dorosłości, która nie daje wiary podobnym historiom. środkowa część banan…

ogłoszenie najdrobniejsze

krótka historia nowego pomysłu
Z UK przyjechało z nami sporo ładnych rzeczy z papieru: lotniskowe ulotki o 'wszystkim co możesz zrobić i zobaczyć', albumy w kartonowych okładkach, teczki w pretensjonalne kwiaty, tomiki poezji o ptakach i wiele innych, które teraz przyjemnie zagracają dość małe mieszkanie. W gruncie rzeczy mogłybyśmy spędzić jesień na wąchaniu kartek, na wydzielaniu różniących się od siebie zapachów, które należy skatalogować w głowie, w tym miejscu, które służy wyłącznie przyjemności. Okazało się jednak, być może już jakiś czas temu w szkolnych ławkach, albo zupełnie niedawno, pod szarą kołdrą, że mamy w sobie potrzebę opowiadania obrazem i słowem. Cały ten inwentarz okoliczności w połączeniu z wyznawczym stosunkiem do twórczości Herty Müller spowodował, że dołączyłyśmy do kreatywnego mainstreamu i wzięłyśmy się za kolażowe wycinanki. Niedługo startujemy z blogiem, na którym fajnie będzie Was gościć. 
Kwestia adresu, a zatem również nazwy, wciąż pozostaje otwart…

czas zimowy

w mieszkaniu, w którym nas już nie ma zastałam zegary. uparcie ciągnęły na wskazówkach czas letni: skołtuniony jak sieci młodych pająków, zakurzony od słońca, które teraz budzi się i zasypia na różowo pod dyktando pierwszych przymrozków.

mapa zalesienia

znajomość lasów tego kraju, lasów, które rozciągają się ze zgrzytem za srebrnymi barierkami autostrad, bierze się z pamięci o leśnych fragmentach: poznawanych wtedy i potem, rozsianych tu i tam w postaci śmiesznych szkółek pozbawionych cienia. to pamięć, która za nic ma dane o zalesieniu ilustrowane za pomocą map fizycznych i wykresów słupkowych. daje pierwszeństwo migawkom podobnym do chwil, w których odkrywa się boleśnie skarlały pień brzozy, biały jak paznokcie z awitaminozą, rosnący w lesie przy torach kolejowych wiodących na południe.

czytam 'śmierć pięknych saren' i wchodzę po szyję do rzeki berounki.

zwykły

wydawnictwo czarne, dane osobiste. 'rodzaj konta: zwykły użytkownik'

pszenica

twoje włosy-wrześniowa pszenica,
której zapomniano ściąć.
wilgotna i czerniejąca od brzegu
teraz jaśnieje. stosujesz
odpowiednie szampony, gardłowe zaklęcia,
z którymi wypluwasz na świat mocne lipcowe słońce.
w żarówce z ikei trzeszczące truchła owadów
przypominają na przekór
o porze umierania.

borzicactus acanthurus

borzicactus acanthurus w końcu zajął mieszkanie na pierwszym piętrze. rozłożona w czasie migracja za firankę prosto z doniczki przewróconej na pustym balkonie trwała długo i pozwalała nam obserwować każdy najmniejszy postęp. bywało, że w uciążliwym, drobnym deszczu, szczelnie oblepiającym szkła okularów, siedziałaś z papierosem za zieloną barierką, która kiedyś wyrwie się z betonu i odpadnie, zostawiając po sobie cztery czarne dziury i absurdalny podest symulujący użyteczność przestrzeni. twoje wąskie, ciche spojrzenie osiadało powoli na włochatym ciałku, które wymykało się porównaniom a czasoprzestrzenne dziury w doglądaniu kaktusa na terakocie wypełniała jesień. garaże zdążyły zgnić u podstaw od kilkudniowych deszczów, srebrny RTS zamalowano mahoniową farbą, sześcienny chodnik napęczniał od planowania pęknięcia w nowym miejscu a malwy pełne wody przestały łamać się z trzaskiem. tylko acanthurus podchodził do przełomów ostrożnie i jak 'głupi jaś z kamienia' pełznął do celu m…

jaszczurki

pamiętam jak łapaliśmy jaszczurki na bezimiennej łące w kolorze zieleni zsiniałej od zimna, wilgoci i przedwieczornej pory bezsłonecznego dnia. gdzieś na granicy słuchu zawarczał autokar odpalony przed chwilą, wsysający teraz do wewnątrz głowy otulone jaskrawymi chustkami, skrzętnie liczone przy drzwiach, których nikt nie potrafił powstrzymać przed uporczywym zamykaniem się nie w porę. maskotki z przylepcami, oblepione kurzem i prane co jakiś czas w niebieskiej misce na podwórku, telepały się nieznacznie, odwzorowując rytm chorego silnika. nie było nas tam, ale wraz z słabym dźwiękiem otrzymaliśmy informację o chłodzie dziurawych tkanin, opiętych na koślawych siedzeniach, nie wygrzanych jeszcze przez żadne ciała i o duszącej mgle spalin. byliśmy tu i długie trawy zostawiały płytkie rany na naszych pulchnych łydkach, które odsłoniliśmy podwijając i tak już wilgotne od rosy nogawki. była to rosa zapowiadająca noc; miała w sobie niewiele światła ale sporo atramentu. przez kołnierze nasz…

mimikra

w trzecim tygodniu jesieni
przejechany jeż, przytulony do krawężnika
zaczął przypominać wyłuskany słonecznik.

barwna wylinka

oscyluję między szarością a zielenią.
dziś jestem zielona.

koklusz

coraz tchórzliwiej rozpinam bluzę
boję się
by nie zaprosić pod serce
zbyt krótkiego oddechu.
sznurówki wiążę za mocno
-aż do przetarć skóry powyżej pięt.
dyskretnie łapię równowagę
zbierając z trawy srebrne wiórki. resztki
księżycowego światła.
trzęsę się, ugina mnie wiatr,
w kieszeni noszę
zapasową paczkę
zapasowej paczki chusteczek.

mleko z miodem i z czosnkiem

nie wiedziałam, że jeż
ma od spodu tak wypukły brzuch.
może to kwestia pęcznienia w nim
śmierci i asfaltu, który paruje od popołudniowego deszczu.
a jeśli nie?
może to jesień mości się w brzuchach, w gardłach,
pociąga za migdałki.
śpię przez to z ustami otwartymi na pająki,
rano mam mokrą poduszkę, wieczorem ciepłe mleko,
które raz po raz ujawnia żółtą warstwę masła
(nie udaje nam się wmieszać tego w biel.
ktoś wyłącza prąd, by oślepić nas światłem o trzeciej nad ranem)




zdjęcia są z ostatniego dnia Dworca Fabrycznego. mniej więcej ten sam jesienny czas kilka lat temu.