Skip to main content

Posts

Showing posts from January, 2014

origami

słupy wysokiego napięcia zaczęły szeptać przy minus siedemnastu. tym razem nie byłam w stanie rozpoznać narzecza. ten szept miał do przebycia długą drogę. być może przeznaczono go dla anemicznej, drewnianej kłody przechylonej od wschodnich wiatrów, która dumnie kończy bieg kabla. porcelanowe izolatory w kolorze mleczaków odznaczają się tam często na letnim, przedburzowym niebie. a to niebo wylało się przecież z naszych szkolnych plakatówek. bez trudu rozpoznajemy przeterminowany błękit paryski, naruszony z wierzchu czernią uszu myszki miki. zawsze to samo zaniedbanie wynikające z pośpiechu. zabrudzone farby, nieprzejrzysta woda, która pozostawia różowawy ton na włosiu energicznie płukanego pędzelka. szyby pociągu zamarzły od zewnątrz. lód przypominał ci tę równomiernie falowaną imitację wody umieszczoną pod nogami papierowych flamingów w książce do origami. nigdy nie wychodziły nam rohatyńce i kraby ale pudełko po czekoladkach przestało się domykać z powodu nadmiaru papierowych lwów …

substancje kruche

wciąż do uporządkowania

kiedyś zapytam siebie czy nie idealizowałam tego miasta kolejny koniec świata sprzyja przejaskrawieniom
tymczasem śpię do południa i załapuję się tylko na słońce w wierzchołkach drzew

pierwsze słowa

„Czy trzecia to już nad ranem, czy jeszcze noc? Moja babcia wstaje codziennie o czwartej — i to już jest nad ranem. Ja bardzo często kładę się o drugiej — i to jest noc. Ale czym w takim razie jest trzecia?ˮ

„Ja dziękuję, wróbel z betonem w nogach — no to sobie pofrunął.ˮ

„Twój Włóczykij po prostu wreszcie uznał, że musi zacząć podróżować sam.ˮ

„Ej, ale to wiesz: przy krzaku, tym większym? :D To ja Cię w ogóle już nie znajdę!ˮ

„Ptak zakwilił o 3:50 więc jesteś już spóźniona.ˮ

„Czyli jesteś teraz typową babcią — przygłuchą i z watą. Dbaj o siebie tam, dobrze?ˮ




włosy

pewnie zauważyłaś, że nie lubi się kąpać. to nie dlatego, że jest brudasem, czy coś. nie ma nic przeciwko dziwaczejącym w gorącej wodzie opuszkom palców. w ogóle jej to nie rusza, a zdarza się, że innych tak. umiałaby wskazać sporo takich osób. no więc to nie ona, jej opuszki mogą marszczyć się godzinami. bywa nawet, że przykłada wówczas jeden palec do drugiego sprawdzając, czy da się wyznaczyć między nimi jakieś analogie. czy są symetryczne jak te wszystkie trójkąty kreślone po dwóch stronach prostej, w gładkich zeszytach do geometrii, z których wystawały rygi o pogniecionych brzegach. na palcu lewej dłoni już wykwitły kręte pagórki skóry z drogami linii papilarnych. palec prawej dłoni wytworzył lekko zacienione doliny. wszystko zdaje się do siebie pasować. tylko co z tego [pyta dziś]. kiedy była mała i brała kąpiel w dużej wannie, nigdy nie prosiła mamy, by ta stała nad nią z ręcznikiem mającym służyć do histerycznego wycierania oczu. woda z mydłem robiła swoje, a ona nic. zginała se…

o tym, czego nie wiesz

opowiem ci coś, czego nie wiesz: każdy pierwszy krok stawiany na twojej ulicy pachnie dymem z kominów. gromadzę go pod palcem serdecznym, spoconym od grubej rękawiczki, który zawsze lekko odginam łapiąc równowagę na oblodzonych chodnikach. palec zbiera osad dymnego zapachu, zanurza się w nim jak w zmiętej torebce z mąką szymanowską. [znów się wysypało od spodu, jak na złość, trzeba wytrzeć tą mokrą ścierą ze zlewu]. dym wytwarzają domowe ogniska parterówek, wszytych serią przeszczepów w łódzkie śródmieście. powietrze jest nieprzejrzyste, od kiedy cię nie ma. mijasz tam drzewa, które noszą w sobie zapowiedź pękającej od soków kory. minus siedemnaście przyjmujesz jak opowieść o upałach w melbourne. radio szafuje słowem "siarczysty" i myślę sobie, z rosnącym przerażeniem, o tym, jak szybko rodzą się przyzwyczajenia. ale zaraz potem wchodzę na klatkę. tutaj to różnie. pieczone ziemniaki, bazylia, psie odchody. dźwigam się na chorym kolanie pod twoje drzwi. gdybyś tu była, od pro…

ciężar cudzych rzeczy

dziś patchwork, żeby czegoś nie zgubić. hüseyin bahri alptekin. szklane kulki zamknięte w prawie pszczeli plaster. mówiące prześcieradła. sardynki z kobietą. co słychać w pracy? mysz z odpustowych huśtawek. retrospekcje. 'chce? bo widzę, że ma!' nocny pociąg z mięsem. atak dwugłowego rekina. medal za chlubne studia. refleksje o porannej piotrkowskiej. vege burger. przyjazne yellow: znicze na meblościance, akuratność, wielkie, nowojorskie mieszkanie. cukier wokół wina. grapefruit w piwie. 'nie wolno jeść tej pomarańczy'. ludzie, których się boimy. a co, gdyby nad przyciskiem przy przejściach dla pieszych wyświetlić coś innego niż 'proszę czekać'? 'cześć, umrzyj, jesteś piękna, idź stąd, masz coś na twarzy, właściwie to wszyscy umrzemy'. book się rodzi. anglista obserwator nad testami. lancz, brancz i branża. tak jakoś zimniej, niż zwykle. moje zewnętrzne upupienie. językoznawcze dzieciątka z uporem osłów. świat książki i pą tadeusz. sobowtóry po bramach.…

martwa chrząstka

dzień dobry, mam na imię Pola. jestem mechanizmem. niczym więcej ponad chrzęst stawów i szum krwi. z głowy nie wędrują do ciała żadne chcenia. niesie mnie wiatr i napinające się z przyzwyczajenia mięśnie. idę, bo głupio i nieestetycznie jest leżeć w błocie pośniegowym. no serio, tylko dlatego. posklejało mnie grono szalonych biografów boskiego juliusza. są w wieku małych dziewczynek, które wyjmują lalkom barbie wszystkie kończyny i przyglądają się wymodelowanym z plastiku stawom. a potem urządzają świat od nowa. lewa ręka na miejscu prawej. prawa na miejscu lewej. tak naprawiona zasiadam do stolika nie zginając nóg. jakoś to będzie, „żyję i mam się dobrzeˮ.


wspominam o ile prościej jest na szlaku.


studnia i pieczone jabłka

niesprawna wentylacja przynosiła z niższych pięter słodki zapach pieczonych jabłek. wyczuwaliśmy w tym pewien estetyczny zgrzyt. zapach nie pasował tutaj. blok powinien pachnieć czymś mniej oswojonym. odgrzewaną pomidorówką, frytkami powycinanymi niezgrabnie z ziemniaków przyniesionych z piwnicy, kawą po turecku. mimo wszystko jednak jabłka. pieczone, skwierczące jak w ognisku. pewnie otulone kołdrą ciasta pęczniejącego w piekarniku. zapach wypełniał łazienkę. mościł się w przestrzeniach po kafelkach, które odpadły tego lata podczas największych upałów. nie zachodzi tu jednak żaden związek przyczynowo-skutkowy. upały pozwoliły zachować fakt w pamięci. zbieraliśmy z podłogi ten śmieszny, różowy pyłek po fugach, które kruszyły się jak sparciałe gumki przy kapturze. podziwialiśmy w skupieniu te plamy szarego kleju, układające się, jak tłuste cumulusy, w kształty zwierząt i ludzi. i w tym wszystkim pieczone jabłka. długo siedziałam w kucki na okrągłym dywaniku z frędzlami. blok pęczniał pod…

najlepiej spożyć przed

za oknem gęstniała ta specyficzna zawiesina miejskiej nocy: mgła i gaszony szarością pomarańcz, rozlany z nieszczelnych latarni. wyglądało to tak, jakby ktoś doprawił go zimnym popiołem i przeterminowanym pieprzem, który stoi w szafce od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego. zapomniałyśmy o nim. stał się przez nas żałosnym pyłem bez daru przekonywania. byłam pewna, że powietrze pachnie w tej chwili jak przetrzymana w walkmanie bateria-paluszek. moje okno wychodzi na samo niebo. gdy przyjmę płaską perspektywę prześcieradła, mogę udawać, że ten pokój to jedyna sześcienna forma w pomarańczowej zawiesinie, dryfująca bez celu przed siebie nie chcę jednak jakoś specjalnie oszukiwać, że wierzę w progres. moja siostra pamięta wieś. tam nocne niebo jest zbite i gęste jak rozpuszczona na stołowej łyżce pastylka leczniczego węgla. musiałam objaśnić jej pomarańczową zawiesinę od podstaw, jak matematykę, rozmnażanie czy biały wiersz. dopiero wtedy udało jej się zasnąć.  pomarańczowa zawi…

dolina issy i soły

śpię jak embrion, jak stroskany miąższ włoskiego orzeszka. blady, gubiący naskórek. idę, i chowam głowę w gniazdo ramion, dłonie głęboko w kieszenie: aż dziw bierze, ze jeszcze nie ma w nich wypartych siłą strachu dziur. zwracam się do wewnątrz, zapętlam się, wywracam siebie na drugą stronę przed praniem generalnym, jak tiszert z nadrukiem, do którego ma się niegroźny sentyment. to, czego nie powiedziałam: czy pani naprawdę myśli, że młodość musi chcieć? że musi się cieszyć z nadchodzącego roku tylko dlatego, że jest młodością? że musi być witalna i mięsista, że nie ma pojęcia o rachityczności palców, o klekocie zużywanych z każdym dniem stawów kolanowych? 'ta para skrzydeł zwiniętych w nas'? chyba pingwinich. droga pani, jestem stara od środka. boję się środka siebie. czasem nie wiem czy wiem co tam mam. raczej wątpię. to, co zechciało być przyjemnością: czytana książka pachnąca papierem stron i dłońmi umytymi niedawno w szarym mydle 'biały jeleń'.

to, co błysnęło małym …

nereida

pojechać, wyjechać. na hel. właśnie tam, bo dalej już nie można. pociągiem. zakotwiczyć jak obdrapany kuter na cienkiej jak meduza łasze piachu. obserwować z dziecinnym zezem czerwieniejący od mrozu nos. spójrz, wygląda jakby siedział na nim landrynkowy motyl pokryty niewidzialnym puchem. 
można nie słuchać i być rozmówcą. katarynkowy trajkot manekinów.


Fala na Zdrowiu gotowa do rozbiórki. Będą siać trawę. Od końca do końca trawa. Jest na to inne słowo? Bo chciałbym być dobrze zrozumiany. Na betonie trawa nie rośnie, mógłbym powiedzieć od siebie i rozwiać, pewne przynajmniej, wątpliwości.
Sam jednak dokonaj rozbioru słów, w których nas zamknięto. I słuchaj dalej do skutku. Jaki czas, taki język. Nie przeocz: na dnie oka zmiany. Kończy się oranżada. Ci, którzy po nas tu siądą,  będą pili mirindę Pust wsiegda. Let it be. Amen.
Sztafeta pokoleń Jerzy Jarniewicz

przytakuję

Są tacy, którzy sprawniej wykonują życie.
Mają w sobie i wokół siebie porządek.
Na wszystko sposób i słuszną odpowiedź.

Odgadują od razu kto kogo, kto z kim,
w jakim celu, którędy.

Przybijają pieczątki do jedynych prawd,
wrzucają do niszczarek fakty niepotrzebne,
a osoby nieznane
do z góry przeznaczonych im segregatorów.

Myślą tyle, co warto,
ani chwilę dłużej,
bo za tą chwilą czai się wątpliwość.

A kiedy z bytu dostaną zwolnienie,
opuszczają placówkę
wskazanymi drzwiami.

Czasmi im zazdroszczę
― na szczęście to mija.
Są tacy, którzy Wisława Szymborska

[z tomu Wystarczy]

to już było, pod sklepieniem mojej głowy. przytakuję, kartkując sprezentowany tomik. 
krtku, dziękuję.

brud

te twoje biedne, zmęczone oprawki w kolorze miąższu przejrzałego arbuza. lewy zausznik wiszący ostatkiem sił na wyrobionej śrubce. rozedrgane szkiełka, porysowane jak szyby podmiejskich tramwajów. ścieżynki brudu wgryzające się tam, gdzie nie sięga ircha. ja to znam, rozumiem przecież. czujesz w sobie konieczność zbyt częstego zdejmowania z nich brudu: pyłu ulic, kurzu niewietrzonych mieszkań, fragmentów naskórka, śpiochów z kącików oczu, słabych rzęs i lepkiej warstwy taniego podkładu w kolorze 'natural beige'. tutaj nie godzisz się na nieporządek ale ma to swoje konsekwencje. już teraz pędzelek rzęs lewego oka z trudem znajduje dla siebie miejsce za minusowym szkłem. wokół anten wieżowców ktoś rozwiesił ptaki. płachty ptaków, aż czarno. czerni mi się w oczach jak po zbyt szybkim stawianiu ciała do pionu z głębokiego, białego snu. nie wiemy, czy odlatują, czy przedwcześnie wróciły, zwiedzione łagodnym styczniem. przewidujemy, że niedługo to się skończy, że pęknie wrzód ze śnie…

łopiany

przylepiasz mi do swetra tę kosmatą kulkę łopianu, która nazbierała w siebie sporo przydrożnego kurzu rosnąc w głębokim rowie. kurz pochodzi spod kół histerycznie gdaczących motorynek. szczupli chłopcy wożą na wytartych, rozgrzanych upałem siedzeniach, krągłe dziewczyny o włosach jasnych jak kogel mogel. młodsi bracia szczupłych chłopców próbują dogonić ich na różowych składakach odziedziczonych po starszych siostrach. tam, gdzie kończy się wyboista imitacja asfaltu, a zaczyna pobocze porośnięte szczawiem, zostawiają mokre ślady opon wyślizganych hamowaniem. na twarzach chłopców widać skupienie i rutynę. pod oknami uchylonymi na popołudnie ściele się gęsty oddech matek, które przysypiają w smugach złotego światła na zielonych rogówkach. obicia rogówek są przetarte i wbijają się w białe przedramiona matek. matki obudzą się ze śmiesznymi wzorkami na ciele. o popatrz, czerwona jodełka już rośnie na bladym mięsie policzka. matka przyłoży do niej palec pachnący cifem stojąc przed lustrem, …

poza bańką

zet dwa przecinający skrzyżowanie marszałków wyglądał osobliwie. miał szyby pokreślone hieroglifami niejednoznacznych wzorów, które można dostrzec tylko pod światło i przemykał, pusty od środka, niczym tramwaj widmo. świat poza bańką się wyjaskrawił. odczuwam jaskrawość i otępienie w tej samej sekundzie. są pełnią. jest niebo jak miąższ zużytej gąbki i jest ziemia jak suche kartoflisko. zimny piach wsypuje się do tenisówek i oblepia mokrą skórę stóp. ja, to przepołowiona nierówno czereśnia, skrzecząca pod nożem chropowatą pestką. ja, to wypatroszone ciałko chudej, błyszczącej ryby, wciąż jeszcze przepełnione drgawkami ogona, który pamięta nurt. ja, to zgarbiony ptak-nielot o długiej szyi, wpatrzony w przesuwającą się po niebie, nieosiągalną zdobycz.
ty, to mój plan na tysiąc najbliższych lat.

a 100 wpisów na 2013 to nie był jakiś tam plan. się złożyło.