Skip to main content

brud



te twoje biedne, zmęczone oprawki w kolorze miąższu przejrzałego arbuza. lewy zausznik wiszący ostatkiem sił na wyrobionej śrubce. rozedrgane szkiełka, porysowane jak szyby podmiejskich tramwajów. ścieżynki brudu wgryzające się tam, gdzie nie sięga ircha. ja to znam, rozumiem przecież. czujesz w sobie konieczność zbyt częstego zdejmowania z nich brudu: pyłu ulic, kurzu niewietrzonych mieszkań, fragmentów naskórka, śpiochów z kącików oczu, słabych rzęs i lepkiej warstwy taniego podkładu w kolorze 'natural beige'. tutaj nie godzisz się na nieporządek ale ma to swoje konsekwencje. już teraz pędzelek rzęs lewego oka z trudem znajduje dla siebie miejsce za minusowym szkłem.
wokół anten wieżowców ktoś rozwiesił ptaki. płachty ptaków, aż czarno. czerni mi się w oczach jak po zbyt szybkim stawianiu ciała do pionu z głębokiego, białego snu. nie wiemy, czy odlatują, czy przedwcześnie wróciły, zwiedzione łagodnym styczniem. przewidujemy, że niedługo to się skończy, że pęknie wrzód ze śniegiem i ptaki zawisną w powietrzu skute nagłym mrozem. zupełnie jakby ktoś zatrzymał ptasi czas.


mały paproszek. najcenniejszy punkt odniesienia. myślę, wiesz. 




Comments

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem