Skip to main content

martwa chrząstka





dzień dobry, mam na imię Pola.
jestem mechanizmem. niczym więcej ponad chrzęst stawów i szum krwi. z głowy nie wędrują do ciała żadne chcenia. niesie mnie wiatr i napinające się z przyzwyczajenia mięśnie. idę, bo głupio i nieestetycznie jest leżeć w błocie pośniegowym. no serio, tylko dlatego. posklejało mnie grono szalonych biografów boskiego juliusza. są w wieku małych dziewczynek, które wyjmują lalkom barbie wszystkie kończyny i przyglądają się wymodelowanym z plastiku stawom. a potem urządzają świat od nowa. lewa ręka na miejscu prawej. prawa na miejscu lewej. tak naprawiona zasiadam do stolika nie zginając nóg. jakoś to będzie, „żyję i mam się dobrzeˮ.



wspominam o ile prościej jest na szlaku.



Comments

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem