Skip to main content

origami



słupy wysokiego napięcia zaczęły szeptać przy minus siedemnastu. tym razem nie byłam w stanie rozpoznać narzecza. ten szept miał do przebycia długą drogę. być może przeznaczono go dla anemicznej, drewnianej kłody przechylonej od wschodnich wiatrów, która dumnie kończy bieg kabla. porcelanowe izolatory w kolorze mleczaków odznaczają się tam często na letnim, przedburzowym niebie. a to niebo wylało się przecież z naszych szkolnych plakatówek. bez trudu rozpoznajemy przeterminowany błękit paryski, naruszony z wierzchu czernią uszu myszki miki. zawsze to samo zaniedbanie wynikające z pośpiechu. zabrudzone farby, nieprzejrzysta woda, która pozostawia różowawy ton na włosiu energicznie płukanego pędzelka. szyby pociągu zamarzły od zewnątrz. lód przypominał ci tę równomiernie falowaną imitację wody umieszczoną pod nogami papierowych flamingów w książce do origami. nigdy nie wychodziły nam rohatyńce i kraby ale pudełko po czekoladkach przestało się domykać z powodu nadmiaru papierowych lwów o obszernych grzywach. stoimy, bo czyjeś ciało nie pozwala nam ruszyć dalej, wpaść w monotonię wyświetlanego w zaokrąglonych oknach filmu o niebie poprzecinanym żelbetowymi słupami. lituję się w myślach nad każdym organem ujawnionym światu, parującym w śniegu jak maleńkie ognisko dogaszane na pustkowiu. pytam, czy nie uważasz że musi być im teraz bardzo zimno-wyrwanym z ciepłoty ciała, zaskoczonym przerwą w pracy, oniemiałym od białego światła. odpowiadasz, że czasami to cię przerażam. na śmierć.



Comments

  1. Naskórne konstelacje. Nie jestem przerażona, wiem co to za litość...

    ReplyDelete
  2. zawsze miałem i teraz też mam kłopot z pozbieraniem Twoich tekstów w całość/
    zima, origami, niebo pociąg i jeszcze te farby:
    skad od koloru przeterminowanego błękitu paryskiego,
    zaróżowiony pędzelek ? ;))



    ReplyDelete
    Replies
    1. to pewnie dlatego, że łatwo poddaję się skojarzeniom. nie jestem linearna, od losowego centrum odchodzi mnóstwo niteczek i ja sobie za nie pociągam. o błękicie paryskim myślałam w kontekście nieba a gdy zajrzałam do kubka z wodą po farbach, to już mi się zaróżowiło w oczach, w odcięciu od poprzedniego obrazu. tnę jak szalona, i know. może lepiej nie szukać u mnie całości.

      Delete
  3. Mróz śpiewa na różne głosy. I te druty wysokiego napięcia i jęczące drzewa. Najbardziej lubię gadające pod lodem jeziora.
    Tak sobie piszę, żeby nie wracać co chwilę do gasnących maleńkich ognisk ...

    ReplyDelete
    Replies
    1. o rany! nigdy nie słyszałam, jak gadają jeziora pod lodem, a od teraz bardzo bym chciała. tak jak mieć brzozę i być ziemią (czasami). będę musiała podsłuchać :)

      Delete
    2. http://silentlistening.wordpress.com/2008/05/09/dispersion-of-sound-waves-in-ice-sheets/
      Mniej więcej to, ale w tym nagraniu jest dużo eksplozyjnych pęknięć, ja najbardziej lubię "jęki, pomruki i marudzenie". Najfajniej słychać ze sporej odległości.

      Delete
    3. piękne, dziękuję. będę tam często przykładać ucho.

      Delete
  4. nigdy nie byłam zbyt cierpliwa, origami wytrącało z równowagi moje dłonie, farby zbyt się rozmazywały, mróz poganiał do ciepła...
    chyba dlatego zawsze wolałam ołówek

    ReplyDelete
    Replies
    1. zryty, wgnieciony, zmiażdżony grafit bez temperówki.

      Delete
    2. zawsze mi się wydawało, że do ołówka też trzeba mieć cierpliwość :) a origami... hm, przesuwanie palcami po papierze mnie uspokaja. a kiedy nad głową, pod żyrandolem, wiszą mi papierowe ptaki, jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mają dobre feng shui :) z farbami mam problem do dziś

      Delete
  5. Origami. Coś czego nie próbowałam i raczej nie spróbuję. Trzeba mieć odrobinę zdolności. Ale podziwiam. Tworzenie czegoś z karteluszka z wierszem. Byłoby cudownie :)

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem