Skip to main content

Posts

Showing posts from February, 2014

w tłumie

połowiczne uczestnictwo

gdzieś w okolicach słonecznego miejskiego placu z dziwną fontanną, na trasie tramwaju oznaczonego czerwoną kartką, Sontag i Rymkiewicz przemówili do mnie na ten sam temat. wspaniały dwugłos, który powołałam do życia takim, a nie innym, doborem lektur na te przedwiosenne dni. ona miała na myśli fotografowanie, on — spacerowanie warszawskim starym miastem, które zostało wyposażone przez historię w przeróżne okropności. oboje chcieli mi powiedzieć tego dnia o pozornym uczestnictwie. o połowiczności bycia w czymś. o tym, co da się zamknąć w zdaniu: „trochę tak, trochę nie”.

„Fotografia stała się jednym z najważniejszych wynalazków umożliwiających doznanie czegoś, tworzących pozory uczestnictwa. (...) Fotografia to w gruncie rzeczy akt nieinterwencji. Groza wiejąca ze znakomitych osiągnięć fotoreportażu — na przykład z fotografii wietnamskiego mnicha buddyjskiego sięgającego po kanister z benzyną, bengalskiego partyzanta zakłuwającego bagnetem związanego zdrajcę —  bierze się częściowo stąd…

dwugłowy rekin atakuje

w sumie to nic. worek ze słowami ma dziurę a ja jestem grzesiem. wstałam za późno, zjadłam obiad na śniadanie. woda w basenie była zimniejsza niż kiedykolwiek. obejrzałam fajny film o dwugłowym rekinie. wylałam piwo, wysypałam na koc nerkowce i niewidoczną sól. zasiałam panikę. popsułam. ostatni w rozkładzie tramwaj miał zawał wioząc mnie do domu.

nadzienie

tutaj to bez zmian. matka z tą samą pasją przegania gołębie, które cierpliwie wracają przynosząc w dziobach pojedyncze gałązki. wiedzie je tu myśl okrągła i przestronna jak hipotetyczne gniazdo. instynkt przejściowych pór. rozpłód. chuć. mam w sobie strach o wiosnę. co jeśli nie przyjdzie bez tego jednego gniazda? jeśli to gniazdo kluczowe, podstawowe? a jeśli nawet mam na parapecie któreś z podrzędnych gniazd, przecież musi być dla niego miejsce w wiosennych rachunkach przychodów i rozchodów. 'bez tego gniazda nie będzie wiosny' — mówię do ciebie z kąta pokoju, złożona w pół nad kubkiem zielonej herbaty. kubek jest w grochy i milczy po gruzińsku. zgaduję, że mam w tej chwili nieestetycznie duże oczy i poważną minę, z której się cicho podśmiewasz. widzę po twoich uszach i wargach. ze smutnego stosu patyków, który niczego nie przypomina, wybierasz jeden, taki rozłożysty, z obietnicą liścia. obracasz go w chudych palcach jak patyk od lizaka z serduszkiem. bardziej czuje niż wid…

boazeria

na boazerii są zwierzęta. niedźwiedź o przerośniętym karku, sowa z władczym szponem, spłaszczony krokodyl, pięć łapek zająca w niezgrabnym skoku. ożywają, gdy nie patrzę. skrzypią sękami, otrzepują sierść z korników. poklatkowa animacja dziecięcego strachu. po uścisku sowy w białej skórze przedramienia zostają zadry od których krzywię twarz przez sen, od których zgrzytam zębami. lekarz zaleca aparat, ale spokojnie czekam na pomysły drwali i myśliwych. muszą mieć przecież w tej kwestii jakieś zdanie.

odwilż

matka wiązała mi warkocz i milczała. przed nami stało wąskie lustro z defektem. miałyśmy w nim trochę zniekształcone ciała, gdzieś w okolicach piersi. 'ubyło go'. i zaraz potem spojrzenie rzucone przez moje koślawe barki. pomyślałam, że przypominają jej się w tej chwili wszystkie plecione z moich włosów warkocze: te do przedszkola, kiedy kiwałam się na kanciastym taborecie zasypiając z chałką w dłoni, te do szkoły, wiązane gumką w kolorze dżinsu, pod ogrodniczki, te na trening, które miały być ciasne i zwarte, a później jeszcze ujarzmione kokiem. 'kiedyś nie mogłam ich zebrać, takie były. grube i śliskie'. skrzypią mi zęby, bo zaciskam. macam podstawę splotu. ubyło nawet tutaj. zaraz doda, że poprawiły się ostatnio, kręcą się przecież w loczki, o tu, po bokach. pewnie słyszała stuknięcie zęba o ząb. wszystko idzie ku lepszemu, będzie dobrze, niedługo wiosna, zrobimy budyń na kolację, świeci słońce, ciasto wyszło bez zakalca. ktoś podał w radio dane z ankiety, jesteśmy…

co dziś robimy?

w tramwaju bez zmian ludzie zajmują co drugie miejsce z upodobania do przestrzeni z samotności nabytej, nawykowej, odrysowanej od płaskich ciał  krótkim, pogryzionym ołówkiem

whisper in her ear



pomidory

spacerujemy pod tym blokiem, o którym mówisz mi, że to raczej nie blok pod spacery, że stąd spadają majtki, telewizory i samobójcy. ten ostatni, no wiem, znałam go. był niższy od brata i zawsze zapatrzony w czubki butów. nie mówił nigdy "cześć", tylko patrzył czy patrzę. nosił imię jednego z trzech króli. w wywiadzie dla znanego internetowego portalu sąsiadki użyją zapewne frazy "dobry, spokojny chłopak, nikt nie przypuszczał". pamiętam, że zebrało się tego dnia to słynne półkole zwiastujące nieszczęścia. ludzie z dłońmi przy ustach. kobieta w fartuchu podobnym do tego, który nosi moja babcia. niebieskim. "ta plama jest tam do dziś, dasz wiarę?" nie dałam wiary, poszłam sprawdzić. przydepnęłam butem, przypieczętowałam. zakręciło mi się w głowie od domniemanej wysokości. zastanawiam się, czy zamknął oczy. chodź do tesco, kupimy blade pomidory. zamiast bułki kwadrat wieloziarnisty mniejszy. zrobimy sobie śniadanie i będzie prawie jak wtedy. pobiegniemy prz…

rybi pęcherz

chyba jednak jestem zmęczona. gdzieś, w jakimś zakamarku, za rogiem, za węgłem serca. jestem zmęczona w miejscu, do którego tylko ty umiesz dotrzeć. ono będzie zmęczone, wyczerpane, zdyszane, dopóki mnie tam nie dotkniesz, nie wsuniesz palców w ciało, dopóki mnie nie ugłaskasz. mam w piersiach pęcherz bez powietrza, jakbym była smutną rybą. rybą pakowaną próżniowo od środka.  moje 37 stopni zaprogramowano jako funkcję wyjściową, ale nie pobawisz się pokrętłem. nigdy nie wiesz, czy właśnie piętrzę w sobie gorączkę, czy wyziębiam zmęczone ciało. i nie jest tak, że tylko jedno z dwóch. bo mogę równie dobrze tkwić sobie pomiędzy. podgorączkowa, przejściowa, nijaka. czasem serce przestaje bić neutralnie i obok. słyszę je wtedy w uszach i w pionie kuchennym — jak dudni po rurach. nie łyknę na to gripexu, nie popiję mineralną, miętą, melisą, rumiankiem ani gorzką herbatą. nie znajdziesz na to tajemniczej mieszanki ziół, którą podpowiadają leśne ścieżki, nie będę blednącą na katafalku królewną…