Skip to main content

nadzienie



tutaj to bez zmian. matka z tą samą pasją przegania gołębie, które cierpliwie wracają przynosząc w dziobach pojedyncze gałązki. wiedzie je tu myśl okrągła i przestronna jak hipotetyczne gniazdo. instynkt przejściowych pór. rozpłód. chuć. mam w sobie strach o wiosnę. co jeśli nie przyjdzie bez tego jednego gniazda? jeśli to gniazdo kluczowe, podstawowe? a jeśli nawet mam na parapecie któreś z podrzędnych gniazd, przecież musi być dla niego miejsce w wiosennych rachunkach przychodów i rozchodów. 'bez tego gniazda nie będzie wiosny' — mówię do ciebie z kąta pokoju, złożona w pół nad kubkiem zielonej herbaty. kubek jest w grochy i milczy po gruzińsku. zgaduję, że mam w tej chwili nieestetycznie duże oczy i poważną minę, z której się cicho podśmiewasz. widzę po twoich uszach i wargach. ze smutnego stosu patyków, który niczego nie przypomina, wybierasz jeden, taki rozłożysty, z obietnicą liścia. obracasz go w chudych palcach jak patyk od lizaka z serduszkiem. bardziej czuje niż widzę, że wkładasz mi go za ucho. mam słabe włosy pod słabą gałązkę, jestem matką boską wiosen, które nie przychodzą.
zatłoczone 98 przywróciło mnie miastu. patrzę w twarze, które pochodzą stąd. wyjście do parku wreszcie zaczyna coś znaczyć, tak jak milion innych drobiazgów, tak jak kolory, z których składam niebo i chodnik, ptaka i dżdżownicę. dachy kamienic prężą się do wczesnowiosennego słońca. widzę to, gdy zmrużę oczy. nawet tutaj zaczyna być zbyt ciepło w swetrze i kurtce. rozpinam trzy guziki. kierowca nie rozmawia z autobusem, słucha niemena. jest tam słowo o mieście, w którym najpiękniejszy świat i najpiękniejsze dni. no właśnie.
bristol nadgryzłam od środka jak tłustego pączka o nieoczekiwanym, dziwnym smaku. był to smak octu albo białej farby z korytarza ciasnej kamienicy, którą wyciszono miękkim dywanem. to miasto obracałam w dłoniach jak chropowate, kuliste nasiono platana, oddające resztki upartej angielskiej wilgoci. to miasto czułam w stopie z odciskiem, w smaku ciemnego piwa, jasnego chleba, zimnego soku. znalazłam je w chłodzie doków, w cieple żółtego koca, w czereśniowym labiryncie, na wąskich chodnikach i chwiejnych mostach w koślawych parasolach porzuconych na wietrze. tam, ale i gdzieś indziej. o nadzieniu można powiedzieć wszystko. i nic. 

nie wiem, który grosz w portfelu jest groszem na szczęście od kobiety przemycającej bardzo wysokie zwłoki do glasgow.

Comments

  1. Mimo tysięcy nie zrobionych gniazd, mimo tysięcy wysterylizowanych kotek, będzie wiosna.
    Zawsze znajdzie się ktoś, kto ją przyciągnie.
    U nas przychodzi z koźlątkami.
    Nie przepadam za wiosną. Lubię tylko jej zapach i koźlęta.
    A grosz poznasz, po szczęściu.

    ReplyDelete
    Replies
    1. kiedy wiosna zaczyna pachnieć bzem, traci moje zainteresowanie. ale jej forpoczty są zawsze pociągające. koźlątka... nie znałam do tej pory nikogo z tak uroczym wiosennym skojarzeniem :)

      Delete
  2. Lubię bardzo kolorystyczno-tematyczne połączenie zdjęć. <3
    A gniazdka trzymam w ścianach pokoju. :<
    Ale będzie coś jeszcze o/z Bristolu? Right?

    ReplyDelete
    Replies
    1. niebieski czegoś ode mnie chciał tam na miejscu, bardzo prosił o uwagę! :< coś jeszcze będzie, aj fink soł. taki że niby pseudo street paralityka.

      Delete
    2. street paralityka - osom :D :)

      Delete
  3. Luty jest dość niewyraźny emocjonalnie, dobrze, że fotografie są piękne

    ReplyDelete
    Replies
    1. wspaniale powiedziane. zdążyłam się nad tym zastanowić po tysiąckroć i przyznać ci rację. to jedna z tych oczywistości, które muszą przyjść z zewnątrz, z innym człowiekiem. teraz mój luty będzie już taki, dookreśliłaś mi luty! :)

      Delete
    2. u mnie to się zaczyna już w styczniu, jakby taki rodzaj nieprzysiadalności - za Świetlickim.

      Twój luty i tak niesie oczekiwanie, spokój, mimo wszystko :*

      Delete
  4. Wywiewa mnie do Torunia, chcesz stamtąd pocztówkę? Chcij! Chyba gdzieś tu nawet wywala z automatu mój adres mailowy, na którym mam nadzieję zobaczyć adres pocztowy!

    zawsze ta sama marchefunebre

    ReplyDelete
    Replies
    1. spieszyłam się do domu, żeby ci powiedzieć jak bardzo chcę! zaraz dokonam wszelkich formalności-włącznie z planowaniem jakiegoś mini wywiewu, który mógłby być pretekstem do wysłania ci pocztówki! w najgorszym przypadku, oraz w przypadku zasiedzenia, będzie to kartka z Łodzi :D
      jak fajnie, że znów wpadłaś. pachnie pomidorami. dojrzały w słońcu na oknie.

      Delete
  5. Raport pokładowy: Wszystko złapane, przeczytane, odpisane!

    ReplyDelete
  6. No właśnie. Każde gniazdo wiosenne musi być. Bez odpowiedniej liczby wiosna nie przyjdzie. Będzie od razu lato ze wszystkimi dorosłymi ptakami a za rok zabraknie młodych.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem