Skip to main content

połowiczne uczestnictwo


























gdzieś w okolicach słonecznego miejskiego placu z dziwną fontanną, na trasie tramwaju oznaczonego czerwoną kartką, Sontag i Rymkiewicz przemówili do mnie na ten sam temat. wspaniały dwugłos, który powołałam do życia takim, a nie innym, doborem lektur na te przedwiosenne dni. ona miała na myśli fotografowanie, on — spacerowanie warszawskim starym miastem, które zostało wyposażone przez historię w przeróżne okropności. oboje chcieli mi powiedzieć tego dnia o pozornym uczestnictwie. o połowiczności bycia w czymś. o tym, co da się zamknąć w zdaniu: „trochę tak, trochę nie”.


„Fotografia stała się jednym z najważniejszych wynalazków umożliwiających doznanie czegoś, tworzących pozory uczestnictwa. (...) Fotografia to w gruncie rzeczy akt nieinterwencji. Groza wiejąca ze znakomitych osiągnięć fotoreportażu — na przykład z fotografii wietnamskiego mnicha buddyjskiego sięgającego po kanister z benzyną, bengalskiego partyzanta zakłuwającego bagnetem związanego zdrajcę —  bierze się częściowo stąd, że zdajemy sobie sprawę z tego, jak łatwo można wybrać fotografowanie w sytuacjach, w których fotograf ma wybór między zrobieniem zdjęcia a czyimś życiem. Osoba interweniująca w czasie wydarzenia nie może go rejestrować, osoba rejestrująca nie może interweniować. (...) Nawet jeśli korzystanie z aparatu nie daje się pogodzić z fizyczną interwencją, to i tak stanowi jakąś formę uczestnictwa. Aparat fotograficzny można porównać do stacji obserwacyjnej, ale wykonywanie zdjęcia jest czymś więcej niż bierną obserwacją. Podobnie jak podglądactwo o charakterze erotycznym, jest swoistą zachętą — co najmniej ukrytą, a często jawną —  do tego, by to co się dzieje, działo się nadal.”


Susan Sontag
O fotografii

„Zresztą właśnie dlatego Stare Miasto jest takie miłe, takie przyjemne do mieszkania. Działy się tam, od wieków i przez wieki, różne okropności (wieszano, ścinano, mordowano i tak dalej) i chodząc po Rynku czy po jednym i drugim Dunaju chodzi się między tymi okropnościami, trochę w nich uczestnicząc, ale trochę nie. Właśnie to połowiczne uczestnictwo (bez najgorszych konsekwencji) jest czymś bardzo przyjemnym.”


Jarosław Marek Rymkiewicz
„Kinderszenen


przekazy nie są do końca tożsame. rymkiewicz dyskretnie ironizuje, sontag fascynująco objaśnia, spostrzega (trochę dla samej siebie, jak to eseistka). mają inne cele, wchodzą w odmienne gatunki, różni ich perspektywa. a ja mimo wszystko oniemiałam na ten słowny sznur. może jest tak, że piszemy wciąż o tym samym na różne sposoby? czerpiemy z puli wielkich pojęć, orbitujemy wokół nich, przydajemy im słów a tematy wracają jak perseweracje i jest ich mniej, niż nam się wydaje.
dziś dołączył jeszcze montaigne, który przywołując w „Próbach” psamenita, króla egiptu, widzi w nim współczesnego sobie księcia, w podobny sposób walczącego z przelewającym się smutkiem.



faza fascynacji. leibovitz, sontag, nabieranie czasu, wiedzy, czytanie. pilne przygotowania przed krokiem na kolejny schodek. gromadzenie nie-obrazów.

Comments

  1. Pamiętam jak po lekturze Susan Sontag inaczej patrzyłam na otaczający mnie świat.Przez podarowane mi prawo do dystansu byłam bardziej świadoma otaczających mnie obrazów.

    ReplyDelete
    Replies
    1. dlatego przyszła mi do głowy metafora z osiąganiem kolejnego schodka. tak się właśnie dzięki Sontag czuję.

      Delete
  2. Czy jest jakaś książka/coś krótszego napisana przez Sontag bez której moje istnienie nie powinno być kontynuowane? :< Bo of course jej nie znam. ;__; Bardzo lubię te graficzne zdjęcia.

    ReplyDelete
    Replies
    1. skrzyczę cię i oświecę, ale nie publicznie :< spodziewaj się bardzo ważnej chmurki z wiadomością na fejsie!

      Delete
  3. Susan Sontag! Przeczytałam "O Fotografii" i "Widok Cudzego Cierpienia", mistrzostwo.
    Dziękuję za przemiły komentarz u mnie, od razu się uśmiechnęłam :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. jest hipnotyzująca w tym jak pisze i co, to prawda!
      ja uśmiechałam się do tytułu twojego bloga, kiedy mnie któregoś dnia znalazł :)

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem