Skip to main content

Posts

Showing posts from March, 2014

niezadługo i wcale bez sensu

w mieszkaniu jeszcze chłodno, nienagrzane mury.  całe słońce przelano w białą zieleń liści. za długo wietrzyłam. pustka na dwa lufty  i jedną koszulę. trochę zimne stopy. wstawiam okna w ziemię, widok jest na trawę  bez kawałka nieba, dachu, dzikiej gęsi.  zimna biel foliówek, krzywe trasy żuków o trójkątnych grzbietach (udają nieszczęścia). psy sąsiadów chyba zwęszyły, że byłaś: obszczekują chmury, naprężają gardła.
idę w pełnym słońcu męcząc oczy bielą, ponoć ciągle w pionie i ponoć przed siebie.

byłyśmy w lesie

uprowadzenie trzepaków

wyświetlili odjazdy. czarna tablica jak to domino,
które nigdy nie służyło do gry polegającej
na liczeniu białych kropek. to nawet ten sam dźwięk:
słodkawy u podstawy, podobny do zgrzytania
zębów o trzeciej nad ranem. co nam pozostaje?
musimy odjechać. trzepaki wyniesiono cichcem, upchnięto w pawlaczach
(pewną trudność musiało sprawiać
manewrowanie bryłami betonu podczas uprowadzeń).
nie wiadomo w czyich mieszkaniach przetrzymuje się dziś
te wszystkie rury wciąż ciepłe od naszych dłoni,
wyślizgane z zieleni,
i czy warto czekać co rano aż z miejsc po siniakach
popłynie święta krew. mówię, że w suwałkach
pewnie nic nie ma, prócz czterech na minusie.
jakie to kuszące i krótkowzroczne, słuszne i zbawienne.

ostatecznie pojedziemy donikąd przez warszawę.

rzadko tu wsiadamy

nocny autobus odjechał odsłaniając  dwie przystankowe koleiny i łachę piachu  wytrąconą pośrodku z dwóch mizernych kałuż.  pomyślałaś o morzu. przecież to bez znaczenia  gdzie sieją się brzegi i fale. rzucam swój cień  na ten mikrokosmos: jest czarny jak pojedyncze kamienie,  które skaczą spod kół by stworzyć na poboczach  nienazwane kolonie i klany. rzadko tu wsiadamy,  prawie nigdy. nie wita nas reklama z muskularnym carlosem  ani srebrny wieniec zakładu pogrzebowego hades.  gdyby nie ten wiatr, który nie zapisze się w historii,  pewnie nie znałybyśmy dźwięku rozhuśtanej na gwoździu deski  ani dźwięku, który wydają dziury po oknach przepuszczając przez siebie noc w kształcie sześcianu

opadają mi liście z drzew

miałam milion gwiazd na ścianach, suficie i ciele mieszkałam w namiocie jak szczęśliwy nomada niech mnie ktoś znienawidzi krzyczę dziś w czarną przestrzeń podwórka ale w odpowiedzi  szczeka tylko pojedynczy pies
za Stachurą

w mule tej epoki

„W drugim, większym basenie stało natomiast trochę wody. W paru miejscach widać było, jak długo- i gęstorosły muł podchodził pod samą powierzchnię ledwo falującej tafli. Na takiej to nędznej płyciźnie usiłował pławić się biały ogromny niemy łabędź. Żal się robiło, patrząc. Wielki wodny ptak męczył się w tym powiększonym akwarium. Potykał się nogami o płytkie dno, wpadał wyniosłą piersią na błotniste mielizny, nie miał jak i gdzie zanurzyć swojej długiej szyi, nie mógł rozwinąć szerokich skrzydeł i bijąc nimi nieść się po wodzie pełnej świetności i wolności całego gatunku i osobnego osobnika. Ten łabędź. Nie wiedziałem, że tak szybko i niespodziewanie wydarzy się taka okazja, z której mógłbym skorzystać, gdybym chciał mówić o tych sprawach. Ten łabędź. Od niego, jak od iskry wychodząc, mógłbym zacząć mówić o sprawach tych tak skomplikowanych, że nigdy chyba nie będą proste. Wystarczyłoby tylko porównać los tutaj ptaka do losu tutaj człowieka i potem już tylko o tym w górę i w dół. Ale n…

newton, który widzi w sobie chłopca

kropla i ocean
myśli Isaaca — białe prześcieradła — rozwieszono na grubych bieliźnianych sznurach między drzewami Lincolnshire, z których każde, bez względu na tożsamość korzeni, rodzi po jednym ciężkim jabłku — miejscowa anomalia
niejaka Hannah Ayscough pytana o cel wielkiego suszenia odpowiada, że jej chłopiec sporo pisze o wodzie, że nic, tylko kropla w ocean i przez to trochę moczy się w nocy
„mój Boże, oby tylko nie został hydrologiem”

szczygłokruk

nie mam nic do powiedzenia zwierzam się firmowemu kalendarzowi sorry i takie tam no wiecie może tylko tyle że dziś byłam szczygłokrukiem ale naprawdę nic więcej


winda i gumy do żucia

pamiętam drewnianą windę, której odpadła kiedyś cienka listwa przy drzwiach. to była winda z tych wind, w których zaplanowano wąskie szybki w metalowych drzwiach. drzwi oznaczano numerami pięter i można było liczyć na jakiś tam porządek jazdy [dnia, tygodnia, świata]. teraz windy są już inne i jedzie się bez możliwości robienia różnych głupstw. niemożliwą jest na przykład zabawa w biegnące palce olimpijczyka, albo w 'kto pierwszy położy łapę na parzystej'. ale to historia z bocznicy, skupmy się na listwie.  dziurę po niej, bardzo powoli, z roku na rok, wypełniały gumy do żucia w przeróżnych pastelowych kolorach. zielone, różowe, cieliste... na moim osiedlu gołębie nie traciły życia przez uduszenie po lekkomyślnym połknięciu gumy porzuconej na chodniku. tutaj chodniki były wolne od gum, cały wyżuty nadmiar lądował w windzie. wszyscy mówili, że takich gum z czyichś gęb, z zakamarków czyichś plomb i dziąseł, z różowych obcych podniebień, należy się brzydzić. w zasadzie to ba…

czy to już?

[podejrzanie optymistyczne fotografie dodane pod wpływem impulsu a tak naprawdę to julia i łódzkie trawsko z parku nad jasieniem]