Skip to main content

roślina




Spędzaliśmy dni nad Wawanash, pomagając wujkowi Benny'emu w łowieniu ryb. Łapaliśmy dla niego żaby. Goniliśmy je, tropiliśmy, niepostrzeżenie podkradaliśmy się do nich błotnistym brzegiem pod wierzbami i w bagnistych zagłębieniach pełnych ostrej trawy, która zostawiała na naszych bosych stopach drobne, niewidoczne na pierwszy rzut oka ranki. Stare żaby dobrze wiedziały, że nie powinny wchodzić nam w drogę, nam jednak wcale nie zależało na nich, Szukaliśmy smukłych zielonych młodych — soczystych niedorostków, chłodnych i oślizłych. Ściskaliśmy je delikatnie w dłoniach, a potem wrzucaliśmy do wiaderka po miodzie, przykrywając wiekiem. Czekały tam, aż wujek Benny założy je na haczyk.ˮ


Dziewczęta i kobietyˮ
Alice Munro 

księgarniane dylematy. dojrzała, wrześniowa wiosna. 

 

Comments

  1. Dłonie trzymają życie. Bez roślin nas też by nie było. Hodujmy je więc i pielęgnujmy :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. u mnie rośliny szybko umierają. jakaś taka jestem... śmiercionośna może?

      Delete
  2. Pokarm dla ryb i innych nierostków... ściskam

    ReplyDelete
    Replies
    1. ja, jako niedorostek, karmię się takimi opowieściami o łapaniu żab i kaleczeniu stóp o trawy :)

      Delete
  3. Wiosna też bywa mroczna, deszczowa, brutalna. Piękne zdjęcie.

    ReplyDelete
  4. Kocham dłonie i to zdjęcie. Przepiękne.

    ReplyDelete
  5. Przepiękne zdjęcie. Uwielbiam totalnie.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem