Skip to main content

Posts

Showing posts from July, 2014

deminutivum

tę trawę ścięto zaledwie wczoraj. ktoś bardzo długo
robił hałas ręczną kosiarką, nie martwiąc się,
że obudzi wszystkich osiedlowych poetów,
którym przez noc, zakończoną w południe,
twarz zaszła łojem a zęby szarym nalotem
od brzydkich słów umieszczanych w wierszach.
pierwsze wieżowce wyrastają
dopiero za plamą drzew, którą nazywa się tutaj laskiem
bo las
to już jakoś za dużo, na wyrost.
prawdziwe lasy rosną gdzieś indziej, na pewno nie tutaj
i trzeba to sobie powiedzieć otwarcie, bez ogródek. rozwiewając
wątpliwości, niszcząc złudzenia. tutaj dzieci
karmią wiewiórki, które psują się od ogonów, szarzeją,
spadają z drzew sztywne jak sznurkowe kukły i trzeba tę śmierć
ubierać w obłe słowa, miękkie metafory.
trzeba ją objaśniać depcząc butem śliwki węgierki,
licząc, że chociaż trochę
trafia się w punkt.


sierpień

podium

rok później wciąż tam była. prawdopodobnie trzeszczała ortalionem przechylając się przez ławkę jak trocinowa kukła, ale nie słyszałyśmy tego. nie słyszałyśmy też czy oddycha, co myśli, czy jej kroki kończą się tąpnięciem i zgrzytem  drobinek piasku rozsypanych po asfalcie. odchodziła chwiejąc się lekko na boki, jakby uczyła się chodzić. z niskich krzewów wyrastał komin, który odmierzał puls jakiegoś podziemnego zwierzęcia, tętniące czerwonawo uderzenia mechanicznego serca, uśpionego póki co, ale czujnego. peryskop na oddech. nie jestem pewna, czy patrzyła w naszą stronę, bo na jej twarzy splątała się ciemność wypluwana co chwilę przez sztuczny las. brzozy z białego PCV, przykurzonego lekko za sprawą zachodnich wiatrów niosących piach, nie odbijały światła. nad przegarnianiem mroku pracowała tu zresztą tylko jedna latarnia o obłej, brudnej żarówce, która rychło napęcznieje od ciem i pęknie, wysypując nam na głowę owadzie truchła.  miała białe włosy. białe od prawdziwych brzóz, których…

przestrzenie zamknięte i nie

dlaczego nie jem porzeczek

sieć dróg powrotnych. byłam już w muzeum wypchanych zwierząt. otworzono je w tym miasteczku, które bardzo często obleka twarze i włosy słoną, woskową warstwą mgły i małych owadów. wbiegłam w zapach potu i tanich dezodorantów w spreju, zawieszany na kilka minut w szatniach szkoły sportowej. przypomniałam sobie, że porzeczki zawsze pachniały trupem, że pachną tak od początku początków i wyprzedzają każdą myśl ewy tabor, bez względu na to jak bardzo chce ona uważać malinowe nitki na obranych jabłkach za swoje własne.

śnieguliczka

„Gdy oddychasz na mrozie, Wielbłądko, z twoich ust wychodzi specjalny rodzaj pary, która nie znika, lecz gromadzi się w mysich dziurach, kocich uszach i opuszczonych gniazdach wron. W białych jagodach śnieguliczki, w mleku ze złotym kapslem i białej czekoladzie Milka z Enerefu.”
Ciemno, prawie noc, Joanna Bator

trybuna od tyłu

„Widzieliście państwo już kiedyś trybunę z tyłu? Moim zdaniem, wszystkich ludzi, zanim zgromadzi się ich przed trybuną, należałoby zaznajomić z widokiem trybuny od tyłu. Kto raz przyjrzy się trybunie od tyłu, dobrze się przyjrzy, ten będzie od tej chwili naznaczony, a tym samym uodporniony na wszelkiego rodzaju czary, jakie w tej czy innej formie odprawia się na trybunach. Podobną rzecz można powiedzieć o widzianych od tyłu kościelnych ołtarzach; ale to już całkiem inna sprawa.”
Günter Grass, Blaszany bębenek





obawy o życie i 18 reportaży na wakacje



tonight will be fine