Skip to main content

deminutivum


























tę trawę ścięto zaledwie wczoraj. ktoś bardzo długo
robił hałas ręczną kosiarką, nie martwiąc się,
że obudzi wszystkich osiedlowych poetów,
którym przez noc, zakończoną w południe,
twarz zaszła łojem a zęby szarym nalotem
od brzydkich słów umieszczanych w wierszach.
pierwsze wieżowce wyrastają
dopiero za plamą drzew, którą nazywa się tutaj laskiem
bo las
to już jakoś za dużo, na wyrost.
prawdziwe lasy rosną gdzieś indziej, na pewno nie tutaj
i trzeba to sobie powiedzieć otwarcie, bez ogródek. rozwiewając
wątpliwości, niszcząc złudzenia. tutaj dzieci
karmią wiewiórki, które psują się od ogonów, szarzeją,
spadają z drzew sztywne jak sznurkowe kukły i trzeba tę śmierć
ubierać w obłe słowa, miękkie metafory.
trzeba ją objaśniać depcząc butem śliwki węgierki,
licząc, że chociaż trochę
trafia się w punkt.


Comments

  1. czy to 'trafianie w punkt' jest nieco sarkastyczne?

    pewnie. deptać je. przecież śliwki nie mają duszy.
    (sarkazm)

    ReplyDelete
    Replies
    1. a najmniej uduchowione to mirabelki.
      'trafianie w punkt' jest przepełnione ironicznym smutkiem :)

      Delete
  2. Dziękuję Ci ślicznie :) A zdjęcie 'zapadane' robione przez mokrą szybę samochodu :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. a byłam pewna, że obiektyw ci zmókł :)

      Delete
  3. Żal. Wiewiórek, śliwek, a nawet poetów (tych od brzydkich słów). Może trafiać w punkt "pomiędzy"?

    ReplyDelete
    Replies
    1. trzeba ćwiczyć celność albo sztukę naprawiania. albo jedno i drugie.

      Delete
  4. miękkie metafory pasują jak ulal do tych popsutych wiewiórek. świetnie zobrazowane to jest!

    pozdrowienia :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. nigdy nie dotykałam ogona wiewiórki, ale chyba mogłabym o tym napisać.

      dziękuję za wizytę!

      Delete
  5. Zdjęcia stópek są przerozkoszne.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem