Skip to main content

Posts

Showing posts from October, 2014

pszenica

twoje włosy-wrześniowa pszenica,
której zapomniano ściąć.
wilgotna i czerniejąca od brzegu
teraz jaśnieje. stosujesz
odpowiednie szampony, gardłowe zaklęcia,
z którymi wypluwasz na świat mocne lipcowe słońce.
w żarówce z ikei trzeszczące truchła owadów
przypominają na przekór
o porze umierania.

borzicactus acanthurus

borzicactus acanthurus w końcu zajął mieszkanie na pierwszym piętrze. rozłożona w czasie migracja za firankę prosto z doniczki przewróconej na pustym balkonie trwała długo i pozwalała nam obserwować każdy najmniejszy postęp. bywało, że w uciążliwym, drobnym deszczu, szczelnie oblepiającym szkła okularów, siedziałaś z papierosem za zieloną barierką, która kiedyś wyrwie się z betonu i odpadnie, zostawiając po sobie cztery czarne dziury i absurdalny podest symulujący użyteczność przestrzeni. twoje wąskie, ciche spojrzenie osiadało powoli na włochatym ciałku, które wymykało się porównaniom a czasoprzestrzenne dziury w doglądaniu kaktusa na terakocie wypełniała jesień. garaże zdążyły zgnić u podstaw od kilkudniowych deszczów, srebrny RTS zamalowano mahoniową farbą, sześcienny chodnik napęczniał od planowania pęknięcia w nowym miejscu a malwy pełne wody przestały łamać się z trzaskiem. tylko acanthurus podchodził do przełomów ostrożnie i jak 'głupi jaś z kamienia' pełznął do celu m…

jaszczurki

pamiętam jak łapaliśmy jaszczurki na bezimiennej łące w kolorze zieleni zsiniałej od zimna, wilgoci i przedwieczornej pory bezsłonecznego dnia. gdzieś na granicy słuchu zawarczał autokar odpalony przed chwilą, wsysający teraz do wewnątrz głowy otulone jaskrawymi chustkami, skrzętnie liczone przy drzwiach, których nikt nie potrafił powstrzymać przed uporczywym zamykaniem się nie w porę. maskotki z przylepcami, oblepione kurzem i prane co jakiś czas w niebieskiej misce na podwórku, telepały się nieznacznie, odwzorowując rytm chorego silnika. nie było nas tam, ale wraz z słabym dźwiękiem otrzymaliśmy informację o chłodzie dziurawych tkanin, opiętych na koślawych siedzeniach, nie wygrzanych jeszcze przez żadne ciała i o duszącej mgle spalin. byliśmy tu i długie trawy zostawiały płytkie rany na naszych pulchnych łydkach, które odsłoniliśmy podwijając i tak już wilgotne od rosy nogawki. była to rosa zapowiadająca noc; miała w sobie niewiele światła ale sporo atramentu. przez kołnierze nasz…

mimikra

w trzecim tygodniu jesieni
przejechany jeż, przytulony do krawężnika
zaczął przypominać wyłuskany słonecznik.

barwna wylinka

oscyluję między szarością a zielenią.
dziś jestem zielona.

koklusz

coraz tchórzliwiej rozpinam bluzę
boję się
by nie zaprosić pod serce
zbyt krótkiego oddechu.
sznurówki wiążę za mocno
-aż do przetarć skóry powyżej pięt.
dyskretnie łapię równowagę
zbierając z trawy srebrne wiórki. resztki
księżycowego światła.
trzęsę się, ugina mnie wiatr,
w kieszeni noszę
zapasową paczkę
zapasowej paczki chusteczek.