Skip to main content

koklusz






























coraz tchórzliwiej rozpinam bluzę
boję się
by nie zaprosić pod serce
zbyt krótkiego oddechu.
sznurówki wiążę za mocno
-aż do przetarć skóry powyżej pięt.
dyskretnie łapię równowagę
zbierając z trawy srebrne wiórki. resztki
księżycowego światła.
trzęsę się, ugina mnie wiatr,
w kieszeni noszę
zapasową paczkę
zapasowej paczki chusteczek.

Comments

  1. Ten samochód z ostatniego zdjęcia - wspaniały! Szkoda, że pewnie już tylko niszczeje, zamiast dostojnie toczyć się po ulicach...

    ReplyDelete
  2. jesienią puszczamy pierwsze pędy niepokoju.

    ReplyDelete
  3. Urokliwe fotografie... Jak i Twoja twórczość, zaskakująca! Świetna jesteś w te klocki.

    ReplyDelete
  4. Szczerze mówiąc, Twój blog przeglądam powoli, trochę lipa z czasem u mnie:-) Świetne zdjęcia,widzę że ciągle czegoś szukasz, ale wiersz, no ja Ci powiem, sam nie wiem. Napiszę super, to takie za trochę tanie i płytkie w stosunku do tego o czym piszę, powiedzmy że jest doskonale dokładny:-)
    "...w kieszeni noszę
    zapasową paczkę
    zapasowej paczki chusteczek."

    Ta część, jakbym Świetlickiego czytał, i broń Cię, nie piszę o zrzynkach, chyba postrzeganie zbliżone. Pozdrawiam

    ReplyDelete
  5. A moje serce skradła Łagiewnicka 160. Tak, jakby za tą tabliczką krył się tajemniczy ogród..

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem