Skip to main content

ciotka



gdy przyjeżdżała ciotka z Tomaszowa spaliśmy w poprzek. troje, nie licząc mnie, niepoliczalnego człowieka, dla którego zaczynała się właśnie jakaś przedziwna przygoda. pod piętami dorosłych stały krzesła i podtrzymywały to, co nie mieściło się na tapczanie zakurzonym i żółtym jak zjełczały ser. drewniane mieszkania korników niczym stelaże zbudowane w krainie liliputów pod ciała śpiących olbrzymów, którzy bezgłośnie spadli nie wiadomo skąd.
ciotka przyjechała tu zza trzech przesiadek na dziwnych stacjach, aż na trzy tygodnie. pachniała drukiem upchanych w torbie dzienników sprzed miesiąca i zaduchem kolejowego wagonu. jej nieujarzmione włosy musiały długo ugniatać zielone zasłonki z misternie dzierganym napisem PKP, kiedy ciotka spała śniąc koszmar o przegapianiu właściwej stacji, której nikt nie oznaczył żadnym rozpoznawczym napisem ani nie obdarzył halą dworca. teraz znów cicho drzemała płytkim snem spływającym na nas zawsze w obcych mieszkaniach, oddzielona od wujka moim ciałem. nie śpiąc próbowałam oddychać jak najciszej i nie wiercić się mimo drętwiejącej ręki. ciotka miała skórę jak pergamin, w którym trzymałam pocztówki. pokrytą pergaminem dłoń ciotki mogłaby z powodzeniem przedziurawić nawet kartka z Karpacza przysłana przeze mnie na dowód tego, że autokar z wycieczką 
nie uderzył w żadne drzewo, choć miał na to szansę.
ciotka wydała na świat chrapnięcie przez otwarte usta. otrzeźwiona i zabrana senności gromadzącej się nad łóżkiem odkryłam, że aromatu jej na wpół podróżnego, na wpół osiadłego ciała nie przełamała nawet elektryzująca się koszula nocna mamy. koszula była niebieska, miała delfina naszytego w miejscu, które pozwalało mu pływać po brzuchach dorosłych kobiet i nie miała dla nas zapachu, bo pochodziła stąd. inaczej niż ciotka. pewnie dlatego tej jednej nocy zanurzałam nos w jej włosach zniszczonych od tanich farb i tropiłam w półśnie ten świat dalekich kolejowych dróg, przewianych pustych peronów i obcych mieszkań w wilgotnych kamienicach, do którego nigdy nie dotrę inaczej, niż tylko przez zapach.


fragmenty tej pięknej historii podarowano mi nad herbatą, reszta jest zmyśleniem.


Comments

  1. Replies
    1. imię i miejscowość podstawiamy dowolnie! tych ciotek ze wspomnień jest zapewne multum :)

      Delete
  2. Obwąchiwałam koniom czoła pod grzywą i szyje, całymi latami. Zaciągałam się tym zapachem.
    Ludzi nie i żałuję.

    ReplyDelete
    Replies
    1. są jeszcze brzuchy kociąt i szczeniąt pachnące ciepłym mlekiem i sianem.

      Delete
    2. a tak w ogóle-piękny ten obraz obwąchiwania końskich czół, chodzi za mną od kiedy przeczytałam twój komentarz.

      (co zawsze jest przyjemnością)

      Delete
  3. "spaliśmy w poprzek" - to zdanie to koszmar dla mnie, pamiętam, dzieliłam w ten sposób kiedyś łoże z dwójką kuzynostwa i z dwójką z mojego rodzeństwa, i oczywiście kiedy wszyscy posnęli to to pozabierali mi kołdrę :<

    ReplyDelete
    Replies
    1. bo to takie dziwne wspomnienie jest-niby było niewygodnie, ale po czasie ma się ogromny sentyment, chociaż ponoć to niezdrowe.

      Delete
  4. Wspólne spanie i mnie nawiedzało podczas nielicznych wizytacji krewnych. Zazwyczaj współspałam z mamą czyli ja na ścianie a mama wisząc z tapczanu po drugiej stronie. Pomiędzy nami była niepoliczalna przestrzeń, na której od biedy mogłaby się zmieścić trzecia osoba. Mogłaby ale byłoby to bardzo niewygodne gdyż zajmowałaby tę przestrzeń. Po wielu, wielu latach ustaliłyśmy z mamą, że obie starałyśmy się dać jak najwięcej miejsca "tej drugiej" aby się wyspała.
    Dla mnie mimo wszystko były to cudowne czasy :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. urocza sprawa-oddawanie przestrzeni pod czyjś bardziej przestronny sen. też tak robiłam. i wspominam to równie ciepło :)

      Delete
  5. Ach przypominają mi się najlepsze lata dzieciństwa :))

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem