Skip to main content

Posts

Showing posts from 2015

sen o tornadzie i trawach

droga była długa, powrotna, ja jednak znałam trasę. jechałam rowerem, cała w wietrze, z płynem na koniuszku nosa i zimnem w niezimowych butach. jechałam, wracałam, i wiedziałam, że jeszcze dość daleko, zanim dojadę. w jednej chwili niebo zrobiło się zielone i ciężkie, jak przed największą sierpniową burzą, która ma w sobie znacznie więcej wilgoci i opiekuje się lekko gnijącymi już chmurami. jakiś głos, zbyt przejrzysty jak na tę aurę, odezwał się do mnie — jak pogodynka w głowie — sugerując, że powinnam zawrócić. spojrzałam w górę i zrozumiałam, że ma rację: po niebie wiła się trąba powietrzna. była cienka jak jelitko, ale potężna. posłuchałam głosu i już jechałam w przeciwną stronę, wiedząc, że to bezsensowna konieczność, z kokonem tornada próbującym wplątać mi się we włosy. i kiedy tak jechałam, ktoś kiwnął na mnie z żółtych wysokich traw, które posiały się wiosną w prześwitach lasu. była to blada, chuda rączka. okazało się, że należy do dziewczynki a ta zaprasza mnie do siebie. we…

.

Zanim jeszcze chciano zabić pisarkę, pisarka napisała:
„Może da się porozumieć, mimo że nie zna się swoich języków ani obyczajów, ani siebie nawzajem, ani swych rzeczy i przedmiotów, ani uśmiechów, gestów, dłoni czyniących znaki, niczego; więc może da się porozumieć za pomocą książek? Czy to właśnie nie jest jedyna możliwa droga?”


Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk


wesołe miasteczko

Zdarzało się, że wesołe miasteczko przyjeżdżało wczesną wiosną. Niebo często zaciągało się jeszcze na granatowo, między blokami z wielkiej płyty krzyżowały się trasy wiatrów i w niektórych prześwitach przestrzeni można było kłaść się na rozpędzonym powietrzu. Bloki do dziś mamy pastelowe, ale nie wiem co stało się z wesołym miasteczkiem: dokąd pojechało, jakimi drogami i czemu przestało wracać. Plac, na którym odciskały się w trawie ślady karuzeli, naszych adidasów i grubych kabli prowadzących nie wiadomo dokąd, dzisiaj podtrzymuje przy życiu sklep z koszykami, które się czyści i ustawia w równych rzędach, którym nie pozwala się skrzypieć. Wesołe miasteczko skrzypiało nawet kiedy spaliśmy w swoich łóżkach między mamami a tatami. Łóżka nie były w stanie utrzymać nas w zimie. Kołdry coraz częściej zsuwaliśmy na podłogę odkrywając kostki chudych nóg zagrzanych od biegania przez sen na bardzo długie dystanse. I kiedy wypadały nam oniryczne zęby, kiedy przez sen pukaliśmy do znajomych drz…

ałła dżijan to ja

Przeczytałam „Listy do Jerzego” Marii Kuncewiczowej, które kiedyś odłożyłam zbyt szybko na półkę. Wtedy być może nie byłam jeszcze Ałłą Dżijan, dziewczyną-ukwiałem. Teraz już jestem. Dla porządku i pamiętania ─ garść podkreśleń (czyli pewnie uznałam to za bardzo moje albo bardzo ważne): 
„Ciągle jeszcze, kiedy to piszę, nie tyle żyję, co »jestem żyta«”. 
„Na początku marca 1984 roku leżałeś w klinice rzymskiej na łóżku z wysoką kratą z boku, żebyś nie uciekał od śmierci. Uciekałeś. Zrzucałeś prześcieradła, koce, kurczyłeś nogi do skoku. Perswadowałam, pytałam: »Dokąd? Po co? Nic cię nie boli, śpij«. Zasypiałeś.” 
„Chcę zapytać: Czy pamiętasz? Ale może pamięć rozkłada się i wsiąka w ziemię, jak wątroba, jak mięśnie... A może jest nieśmiertelna jak dusza? Podobno mam duszę, jednak cokolwiek sobie przypomnę, nie jest pełne. Zawsze zostaje miejsce na rzecz niewyrażalną i na domysł innego człowieka, który nie jest mną”. 
„Po miesiącu ktoś zrobił, coś zrobiło ci tę krzywdę, której nie można …

metamorphosis

znamy to już z historii i biologii własnej
najpierw kwiaty zaczęły lepić się do okien
później wyłaś nocami, śniło nam się tak samo:
marcowe rzeki a w nich flisacy
spławiający szkielety z drewna podobne do niczego

potem rogi mieszkania rozwarły się jak skóra
przecięta latem dziewięćcztery nad jeziorem w Chodczu
suchą trzciną, którą wiązaliśmy tratwę
żeby przepłynąć na wyspę po mlecze dla królików

a w mieszkaniu brakło nam kątów prostych
nie było gdzie stawiać lamp i parasoli
koc skłębił się w nogach łóżka i tam przeniosłaś swój sen
garstka po garstce jak najcenniejsze nasiona

dom przyrósł do drzewa. od zeszłej niedzieli
rozmawiamy tylko o tym kiedy puści soki
i pozwoli nam pójść wolno, tempem żywicy
kapiącej z martwych gniazdek i nieszczelnych okien


rdza

do wsi nie da się wjechać nie mijając jakiegoś krzyża.
północ wybiega z lasu żółtą drogą, która latem wciąga koła ruskich rowerów kupionych na bazarze za bezcen. te rowery zawsze są za duże, za wysokie, żeby jechać na nich i się nie bać. dzieci sąsiadów mają takie dwa, z męską ramą i startą nazwą „ukraina” na resztkach granatowego lakieru. kiedy ścigają się do lasu i z powrotem wyglądają tak, jak gdyby gonili cyrk, który odjechał z końcem lata i nie przyjedzie już w te strony z powodu nieustannie zmieniających się map i widmowych rzek krzyżujących plany powrotów. jesienią żółta droga przechowuje w sobie ciche nurty kilku takich strumieni, które niosą błoto i wylinki jaszczurek porzucone dawno temu w ciepłym piachu. nikt tych błotnistych rzek nie nazywa, chociaż powracają do swoich koryt co roku. tutaj imiona rodzą się chyba ze strachu a północna droga jest za płytka, by mieć na sumieniu jakiegoś topielca. dla miejscowych północ liczy się o tyle, o ile produkuje fronty atmosferyczne, …

o tym, że las się rozrasta

to, co się tutaj działo w słowach i obrazach (oraz trochę więcej), będziecie mogli niedługo postawić na półce jeśli tylko dojdziecie do wniosku, że byłaby to fajna sprawa.  w środku jest sporo ciemnej materii i prawie tyle samo światła. są wiersze i krótkie prozy poetyckie. to wszystko może się dziać i przenikać dzięki temu, że Ania rozgląda się czule i rozumnie. 
być drugą książką w serii Tangere jest najmilej na świecie.

blog Ani Convivo

glonojady

czasem tak jak dziś czuję, że nic już nie jest piękne. nic. może tylko lasy. ale oprócz nich już nic. wszystko pokrywa dziwna warstwa śluzu i łatwo jest ubrudzić sobie o to ręce, powieki, osierdzia. jak po śmierci jakichś ważnych glonojadów, których nie dokupimy sobie w zoologicznym.

halo, hej: to co próbujesz czuć jest jak ból fantomowy. albo fantomowe łaskotki. kuriozum, ale jednak się zdarza. może pora spróbować przestać?

jak wygląda wiatr?

przeprowadzki

chciałabym na nowo wprowadzić się do archaizmów, zamieszkać w zapachu mleka, w splocie prawego warkocza, w pudle na pościel pod zieloną rogówką, we wszystkich godzinach piątych nad ranem grudnia 1995 roku.

ciemność

z autostrady widać o tej porze tylko zarysy pagórków — brzuchate śpiące zwięrzęta, ułożone z warstw ziemi i gnijących chwastów. przyglądam się im z tym pierwotnym rodzajem niepokoju, który dzieciom każe mocno zamykać oczy w ciemności gęstej jak krew. ledwo widoczny, brudnorudy słupek w polu to nie jest wcale ciepłe i czujne ciałko sarny a jedynie przeczucie jej obecności; ten dym zawieszony nad sadem to nie jest prawdziwy dym, jedynie powidok dziecięcej akwareli, dokończonej brudnym pędzlem. mijamy jastrzębie odwrócone do nas ogonami, ale być może to tylko kukły wypchane trociną, przybite na amen do klonowej sklejki, umieszczone tu przez miejscowego idiotę, który na nowo urządza świat. nic nie wiemy na pewno. miasta wysyłają łuny, ale to wszystko jeśli chodzi o światło. tutaj hoduje się mrok na niskich, przysadzistych grządkach, pod nieuwagę podróżnych, za ich plecami wygiętymi pod dyktando siedzeń. ciemność wisi pod białymi liśćmi w śliskich owocach, które w smaku są słodkie jak mio…

łyko

od marca ubyło tu wody. widać to wyraźnie po szybkich grzbietach ryb tnących zakurzoną taflę jeziora. ryby nie zdążyły zmienić tras przepływów, mają zbyt krótką pamięć. wydaje im się, że tak jak teraz było też wczoraj, przedwczoraj i przed miesiącem. jestem pewna, że to nieprawda. czasem przepływają tędy brzuchy ryb zamiast grzbietów i stąd wiem, że mam rację.  ona zna się na tajemnicach lasu. przyfruwają do niej ptaki. mówi, że ryby spławiają się wieczorem, gdy woda rozprowadza po zatokach słońce roztopione jak masło. nadal nie umiem wykreślać podwodnych map, ale wiem więcej o ten jeden obraz, o kilka obco brzmiących wyrazów, o zapach ciemnych włosów rozgrzanych od słońca.  w wodzie, której ubyło, wyrosły łydki otyłych mężczyzn. czekały na optymalne warunki: na zieloną wilgoć z dużą ilością słońca i dymu z grillowych rusztów, na trzynasty księżyc nocą. łydki są mokre tylko do połowy, jak wszystko co pionowe i tutejsze. tylko połowa ciemnych włosów oblepia bladą skórę jak ślepe trasy…

spadochron

jakiś dziwny narrator:
po deszczu coraz mniej dżdżownic. salon gier open,  dźwięki nosowe, cyfrowe gongi. jakiś szczyl przegrywa piątkę  zrzuconą z balkonu w śniadaniówce,  którą matka obciążyła baterią.  paluszkiem. 
matka w podomce, wychylająca się z okna:
wyjęta z pilota, więc przynieś z podwórka, nie przepij.  wieczorem twój tatuś se psztyka z godzinę lub lepiej.  (pod trójką jest polsat wytarty od kciuka z nalotem)  no bez djurasela to nam się nie zjawiaj z powrotem. 
znów on, ten narrator:
ktoś wyrwał mlecze i rzucił na asfalt-nie wiedział,  że pędy są białe, bezwstydne i trudno jest przeżyć  z tą wiosną pod skórą, z tym latem co paprze się w ranie, i z bąblem na pięcie od nowych butów tak samo. 
spadł deszcz, co go wcale nie chciałaś, piach chrzęści na mokro, od bloków powiało już ciepłem i płynem do podłóg, a ja coraz szybciej oddycham z foliówką na głowie, pod szóstym kręgiem od szyi hoduję spadochron









lądolód

północny krajobraz ma w sobie silną pamięć lodowców






wracać jest głupio tym razem.


lizol

w nocnych autobusach,
które jeżdżą według nieczytelnych rozkładów,
surowe pielęgniarki pochowane w brak fartuchów
wydzielają cierpką woń oddziałów

prawie robi się widno i
nie czuć rakiem ani nawet
pospolitym wstrząsem mózgu,
po którym rzyga się efektownie
do bardzo kolorowych misek

z jakiegoś powodu śniadania
mniej wsiąkają w skórę niż lizol
jadę Z4, dowiozę ci pod balkon
dawkę sterylnego powietrza


taraxacum officinale

na moście, z którego spada się tylko raz przypomniałam sobie, że często zrywałyśmy mlecze. garście mniszków lekarskich ― aż do momentu, w którym wszystkie linie papilarne zostały odpowiednio i równomiernie zaczernione. może była to jakaś wczesna krucjata przeciwko cygankom, które nosiły na skórze zwietrzałą warstwę słabego kakao a pod spódnicami ukrywały małych, jasnowłosych chłopców. mówiłaś, że ci chłopcy pachną później długo zjełczałym serem a matki znajdują w ich włosach zapach końskiej sierści, całując po cichu coraz twardsze głowy, w których kiełkują pierwsze plany odlotów. więc może to było tak, może nie chciałyśmy dłubać w przyszłości krzywym jak szpon patykiem. nasz bunt był pospolity jak żółte zmiotki mleczów.  nigdy nie pytałam nikogo czy wie jak to jest, gdy na jego oczach biel staje się czernią, gdy podejrzewane o mdłą słodycz mleczko mniszka nabiera tajemniczej goryczy, która nie pochodzi stąd. mydło arko pachnące dowolnym owocem świata tylko osłabiało intensywność plam ―…

zgrzyty

„Czy tylko grzech, tylko brud jest głęboki? Czy głębia siedzi za brudnym paznokciem?ˮ
nadziwić się nie mogę jak dobrze dogaduję się z Witoldem po długiej separacji.