Skip to main content

metamorphosis








znamy to już z historii i biologii własnej
najpierw kwiaty zaczęły lepić się do okien
później wyłaś nocami, śniło nam się tak samo:
marcowe rzeki a w nich flisacy
spławiający szkielety z drewna podobne do niczego

potem rogi mieszkania rozwarły się jak skóra
przecięta latem dziewięćcztery nad jeziorem w Chodczu
suchą trzciną, którą wiązaliśmy tratwę
żeby przepłynąć na wyspę po mlecze dla królików

a w mieszkaniu brakło nam kątów prostych
nie było gdzie stawiać lamp i parasoli
koc skłębił się w nogach łóżka i tam przeniosłaś swój sen
garstka po garstce jak najcenniejsze nasiona

dom przyrósł do drzewa. od zeszłej niedzieli
rozmawiamy tylko o tym kiedy puści soki
i pozwoli nam pójść wolno, tempem żywicy
kapiącej z martwych gniazdek i nieszczelnych okien


Comments

  1. Replies
    1. a byłam pewna, że będzie to jeden z tych pociągowych wierszy, które coś tam może dokumentują, ale nie biorą zakładników :)

      Delete
  2. Kiedyś, dawno temu, gdy oszalalam i nikt nie widzial, że wszystko się zmienilo, tylko ja widzialam, to bylo bardzo podobnie.
    Piszesz odurzająco, niesamowicie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. jestem ostatnio szkłem powiększającym zmian i niektóre z nich widzę też tylko ja sama.
      dobrze cię widzieć (tu i ówdzie!) :)

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem