Skip to main content

Posts

Showing posts from January, 2016

w stronę rzeki

kolejna w życiu odwilż i wciąż nie wiadomo
jak daleko posunie się topnienie,
czy ocaleją bryły miast: punktowce, szkoły, posągi,
szczególnie te wykute z najbielszych kamieni

może to bez znaczenia, wszystko z czasem szarzeje:
śnieg z wierzchu i z brzegu ulic, suknie ślubne na strychach,
zęby, papier i skóra poprzecierana na łokciach,
oddech jak rybi pęcherz wypluty pod łapy kotom

któregoś dnia znajdziemy słowa zebrane w pęczek
i przewiązane niedbale rozdwajającym się sznurkiem:
"już tylko tak i już zawsze tyle", słabnący puls na przegubach
ostatnia odwilż przyjdzie od stóp, powiedzie nas w stronę rzeki

znaczki z królową

„One pochodziły z rodzin mieszczańskich. Ta prawda, która dotąd mnie omijała szerokim łukiem, będzie towarzyszyć mi w tej podroży. Jednej z nich, Marianny, już nie zapytam jak to jest wychowywać się w Warszawie lat 40. Jak na nią wpłynął widok powojennych kamienic, czy mieszkała na Pradze, czy na Woli? Czy jej ojca uznano za zaginionego w trakcie powstania? Jedynaczka, która razem z matką uciekła na prowincję z centrum wszechświata. Brzmi absurdalnie i takie pewnie było. Miała coś mieszczańskiego w sobie - tę klasę, wyciszenie, otwartość, ale i mądrość. Ten brak krzykliwości, którą cechowało się większość wiejskich dziewek i małomiasteczkowe, wścibskie panny. Może dlatego mówiła mojej babci: »Jadziu, ja tu nikogo nie mam«. W wołaczu. I nie miała, bo ten, dla którego rzuciła stolicę, umarł za szybko zostawiając ją z dwójka małych dzieci. Nigdy do końca się nie ukorzeniła na nowym. Nigdy do końca nie potraktowano jej jak swojej. 
Druga, Maria, wciąż żyje i pytana jest czasami: »Pani je…

Ilse Aichinger: siostra bliźniaczka od cienia w kubkach

„Docierałyśmy na porębę, która otwierała się przed nami w słońcu, i szybko się rozdzielałyśmy. Wierzchołków drzew, ptaków wysoko w górze, barw poranka i wieczoru nie musiałyśmy już wypatrywać — zebrały się w jagodach, a teraz myśmy zbierały je do poobijanych dzbanków, zbierałyśmy dzień i noc, zapach południa na placach targowych tam na dole, wysokość i szerokość pustych szkół, głębokość najgłębszych miejsc we wszystkich jeziorach okolicy. A kiedy po chwili zaglądałyśmy do dzbanków, różowy cień w środku zastępował nam wszelki chłód i, przemożny jak senne marzenie, rozpościerał się także na nas. Świat był w nim uładzony jak na malowidłach opuszczonych kościołów w dolinach, było tam miejsce dla pająków i świętych, i wszyscy żyli w zgodzie.  (...) Wróciwszy do domu, widziałyśmy księżyc przez ciemno obramowane okna gościnnej izby, w której spałyśmy, księżyc unoszący się znad skraju gór i odbijający żółtym światłem w oszklonych szafach — ale południe wciąż jeszcze dla nas nie mijało. Pozos…

wpadam czasem na Patricię Highsmith

Czytam Codzienne rytuały, gdy wtem:


„Chora w towarzystwie większości ludzi, miała wyjątkowo intensywną relację ze zwierzętami — zwłaszcza kotami, ale też ze ślimakami, które hodowała w domu. Highsmith zaczęła traktować ślimaki jak zwierzęta domowe, kiedy zobaczyła na targu rybnym ślimaczą parę w dziwnym uścisku. (Potem powiedziała w wywiadzie radiowym, że „ślimaki dają jej pewien rodzaj spokoju”). Ostatecznie w swoim angielskim domu w Suffolk udomowiła trzysta ślimaków — mawiała, że dotrzymują jej towarzystwa wieczorami. Potem, gdy przeprowadziła się do Francji, musiała stawić czoła zakazowi importu żywych ślimaków. Postanowiła je szmuglować. Wielokrotnie przekraczała granicę ze ślimakami — od sześciu do dziesięciu — schowanymi pod stanikiemˮ.


Mason Currey o Patricii Highsmith, albo pochwała pięknej dziwności.

kubek babki Mani

serce położone na wznak z ciałem
radzi sobie ponoć dość słabo
― tak twierdziła babka Mania nim umarła we śnie
już wtedy wierzyliśmy jej na słowo
w domu zrobiło się wtedy przejrzyściej:
pamiętam każdy ciemny sęk w boazerii
i że buty stały w nieładzie, ktoś naniósł błota
szaro-żółtego jak żwir podwórka i słoma
moja młodsza siostra, która wszystkiego dotyka
rozpłakała się wtedy na sino a przecież
nie znała jeszcze słów takich jak śmierć,
wieczny odpoczynek, światłość wiekuista
pewnie bała się swoim dziecięcym strachem
że babka weszła w sen nie czyniąc przebaczeń
że umarła wciąż gniewając się o kubek
którym czerpałyśmy wodę dla żab z koziego poidła

dzieża

matka nosiła w sobie nadmierną macicę, która krwawiła wbrew naturze, fazie księżyca i ustaleniom miesięcznego cyklu. przerośnięty schron, zużyty foliowy worek o ściankach nadwyrężonych transportem piasku, kamieni i żabiego skrzeku na wyspę pośrodku stawu. było trochę tak jakby ktoś przełożył łono matki do plastikowej miski, w której parzymy pomidory, by gubiły skórę, jakby ktoś nakrył jego białość kraciastą ścierką (tą od wycierania ceraty), jakby pozostawiono je aż urośnie niczym ciasto na domowe pączki. ono tam pęczniało ― niepilnowane, dzikie ― pozwalało sobie na mnożenie tkanek, na formowanie nisz i wybrzuszeń. miska trzeszczała od ruchu i ciepła a kaloryfer, rozgrzany już na poważnie z powodu wyjątkowo mroźnego stycznia, odmierzał bulgotem wody powstawanie kolejnych bąbli z mięsa. kiedy chirurdzy zajrzeli pod szmatę, cielistego ciasta było już za dużo. gdyby podzielili się nim sprawiedliwie, umarliby z przejedzenia. jestem jednak pewna, że wsuwali pozornie sterylne palce w tę mi…

ziarno na wacie

Jest taki moment, w którym bliźniacze osiedla wszystkich miast w tym kraju nie produkują jeszcze zapachu kawy, ale pachną lizolem. Przenika on szczelinami wypaczonych drzwi mieszkalnych (wszyscy wiedzą, że blok stoi nierówno), wlewa się judaszem (chociaż tego nie widać), unosi się na zielono nad pozornie aseptyczną podłogą. Lubię wtedy nie spać, zaczynać dzień u podstaw jakbym hodowała jego ziarenko na wilgotnej wacie, na białym spodeczku. To ziarno ma zimny, gładki pancerz, twardą osłonę ulaną z taniego betonu, po którym właśnie sunie cieć z mopem szarym jak zleżała wędlina. Ta wilgoć nigdzie nie wyparuje, zostanie w prostokącie korytarza sprawiając wrażenie niezbędnej do życia, do prawidłowego obkurczania się ścian mojego (twojego) serca. Wyobrażam sobie, że bez codziennej dawki lizolu i pary wodnej, która ma w składzie jakiś tani detergent, udusilibyśmy się wszyscy, padlibyśmy charcząc na wycieraczki z IKEI i byłoby nam na to wszystko zimno przed śmiercią, takie są małe. Ktoś po p…

obciach

są brzydkie kwiaty pielęgnowane w małych miejskich ogródkach i brzydkie koty bez oka ze schronisk; misie z lumpeksów, nad którymi trzeba się litować, niemodne bluzki z kołnierzami, chłopcy z pierwszym wąsem. są mężczyźni w wieku naszych dziadków, którzy nieumyci przychodzą na spotkania ze znanymi pisarkami. aparatem-małpką próbują unieruchomić rzeczywistość, ale ta im się wymyka a każde zdjęcie staje się pełzaniem żyrandoli, lamp i twarzy. jest zapach ptasich piór — duszny, kwaśny — piór rosnących najbliżej ptasiej skóry, gorącej od kołowania tuż nad ziemią, od trącania ziarenek piasku końcem skrzydła. ptasie pióra to wstyd i brud, to lekko wilgotny materiał dziewczęcych spodni, zdejmowanych po całym dniu zakładania nogi na nogę, czekania na czekanie. są koce z wizerunkami koni o czujnych oczach, rzucane na wersalki, które gubią naskórek. należy okrywać się nimi tak, by ramionami objąć z łatwością końską szyję i przyjmować w siebie woń spoconej sierści pomieszaną z dobrze znanym zapa…