Skip to main content

Ilse Aichinger: siostra bliźniaczka od cienia w kubkach



„Docierałyśmy na porębę, która otwierała się przed nami w słońcu, i szybko się rozdzielałyśmy. Wierzchołków drzew, ptaków wysoko w górze, barw poranka i wieczoru nie musiałyśmy już wypatrywać — zebrały się w jagodach, a teraz myśmy zbierały je do poobijanych dzbanków, zbierałyśmy dzień i noc, zapach południa na placach targowych tam na dole, wysokość i szerokość pustych szkół, głębokość najgłębszych miejsc we wszystkich jeziorach okolicy. A kiedy po chwili zaglądałyśmy do dzbanków, różowy cień w środku zastępował nam wszelki chłód i, przemożny jak senne marzenie, rozpościerał się także na nas. Świat był w nim uładzony jak na malowidłach opuszczonych kościołów w dolinach, było tam miejsce dla pająków i świętych, i wszyscy żyli w zgodzie. 
(...)
Wróciwszy do domu, widziałyśmy księżyc przez ciemno obramowane okna gościnnej izby, w której spałyśmy, księżyc unoszący się znad skraju gór i odbijający żółtym światłem w oszklonych szafach — ale południe wciąż jeszcze dla nas nie mijało. Pozostawało w nocnym szuraniu zwierząt, szeleście liści na zewnątrz, które zdawały się poruszać gwiazdozbiory, w kocich stąpaniach w stodołach i niżej, w trawie.ˮ

Kleist, mech, bażanty [w:] Mój zielony osioł. 
Opowiadania, wiersze, słuchowiska



© Stefan Moses

nie sięgnęłam po tę książkę, trafiła do mnie. zostałam wzięta szturmem i oblężona a potem już tylko zastanawiałam się jak to jest, że znam ten sposób układania myśli, że chodziłam tymi drogami, że wiem jak to było popołudniami, w szkole, kiedy drzwi klas luźniej siedziały w zawiasach, że...





Comments

  1. czasem zastanawiam się, jak to jest, ze wspólnotę odnajduje się w takich ulotnych momentach, cieniach, zarysach i tonacjach; a czasem zaledwie w czymś, czego nawet uchwycić się nie da, choć ono jest. Czy to prawda czy złudzenie? czy to może pozorne podobieństwo dwóch zupełnie innych rzeczywistości, a jeśli tak, czy to coś zmienia? Czy pozostaje tak samo ważne?

    ReplyDelete
    Replies
    1. w moim napadowym antyintelektualizmie twierdzę: jeśli coś czujesz, to znaczy, że tak jest. ale później przychodzą pytania podobne do twoich pytań i wycofuję się z tak wariackiego osądzania przeczuć. na koniec jest jeszcze etap trzeci: przypomina mi się Susan Sontag, jej idea obalania dychotomii, "krucjata przeciwko rozróżnieniu myślenia i czucia" i mówię sobie wtedy: nie no, czemu miałabym rozbierać na części tę intuicję? nic z niej wtedy nie zostanie, przestanie działać! i jestem znów beztrosko czująco-myśląca, a nie odwrotnie :)
      i właśnie teraz siedzę na bezdechu, naelektryzowana tą symetrią (bez względu na jej prawdziwość. swoją drogą-jak tę prawdziwość sprawdzić?) i mam ochotę sobie pokrzyczeć z radości tak jak wtedy, kiedy chodzę po lesie, wszystko gnie się pod butami. i jest dobrze.
      w pisaniu droga też prowadzi od bezdechu i olśnienia do porząku zdań. przynajmniej u mnie!

      Delete
    2. Oczywiście, masz rację. rzeczywistość emocjonalna po prostu istnieje, nie jest w niczym mniej prawdziwa od materialnej. Zresztą to rozróżnienie jest chyba trochę sztuczne :) Rzeczywistość materialna też istnieje dla nas poprzez emocje (i afekty). Ale tu to można się wpuścić w taką fenomenologię, że hej... :)

      Delete
    3. dobrze jest się tak wpuszczać :)
      dzisiaj pomyślałam sobie, trochę ze smutkiem, że takie wycieczki, jeśli chcieć je odbywać w duecie, lepiej udają się, gdy je zapisujemy w słowach. dawno nie wpuszczałam się z nikim w podobne chaszcze rozmawiając twarzą w twarz. może dlatego, że do rozmowy zabieramy ze sobą ciało i cały szereg tych potrzebnych gestów, nadprogramowych słów, przytaknięć, grzeczności, swoich własnych wstydów i planów ucieczki? marzy mi się rozmowa z przezroczystych, ale wciąż obecnych, ciał.

      Delete
    4. To też kwestia pisania. Ja to chyba piszę inna częścią mózgu niż mówię. To znaczy zawsze tak jest, wiadomo, ale wydaje mi się, że tego, co napiszę, w żaden sposób nie udałoby mi się powiedzieć. Dochodzi pewnie to całe krygowanie się i kompleksy - u mnie przynajmniej ( bo ja to straszny dzieciak jestem :) )

      Delete
    5. to straszna szkoda. to znaczy: mam identycznie, więc żałuję siebie, tej skarlałej wersji tego, co bym chciała a nie mogę :)

      Delete
    6. Wszystko może się zmienić - Ty zwłaszcza młoda jesteś bardzo.

      Delete
    7. a w tym względzie też mam swoje intuicje...

      Delete
    8. jak gadamy i jak się spotkałyśmy miałam wrażenie, ze jestem w twoim wieku... :) To znaczy, ze mam dwadzieścia parę lat ;)

      Delete
    9. albo spotykamy się gdzieś w połowie drogi i... obie mamy po 35?!

      Delete
  2. Mnie się kiedyś zdarzyło zobaczyć siebie na kilku portretach, które w ogóle mnie nie przypominały, w sensie podobieństwa rysów twarzy, a jednak czułam mocno, że ktoś nieznany namalował właśnie mnie. Tę mnie, którą znam najlepiej, a która zapewne nie jest widoczna na zewnątrz. Niezwykłe uczucie.
    A tak w ogóle, zawsze wierzyłam w blizniactwo kosmiczne. Czasem martwię się, że już kiedyś spotkałam, dotknęłam, doświadczyłam i ... nie zauważyłam.

    ReplyDelete
    Replies
    1. właśnie sobie uświadomiłam, że chyba uciekam (pewnie nieświadomie) przed byciem w obrazie. swoje zdjęcia, nie licząc tych dokumentujących dorastanie do życia, mogę policzyć na palcach obu rąk. a wśród tych policzonych żadne nie mówi mnie, tej mnie ze środka. zazdroszczę, że mogłaś zobaczyć swój portret, portret od środka. ciekawa jestem jak to jest.

      Delete
  3. Niesamowite, czytać książkę i pomyśleć: "mogłabym ją napisać"... Ja mogłabym napisać "Teraz" Agnieszki Drotkiewicz. Więc czemu nie napisałam? :p
    Nie mylisz się. Ten fragment czyta się, jakby czytało się Ciebie. Zazdroszczę.

    ReplyDelete
    Replies
    1. aż boję się myśleć jak to się dzieje, ale podoba mi się taka wspólnota. mniej mi samotnie.

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem