Skip to main content

ziarno na wacie



Jest taki moment, w którym bliźniacze osiedla wszystkich miast w tym kraju nie produkują jeszcze zapachu kawy, ale pachną lizolem. Przenika on szczelinami wypaczonych drzwi mieszkalnych (wszyscy wiedzą, że blok stoi nierówno), wlewa się judaszem (chociaż tego nie widać), unosi się na zielono nad pozornie aseptyczną podłogą. Lubię wtedy nie spać, zaczynać dzień u podstaw jakbym hodowała jego ziarenko na wilgotnej wacie, na białym spodeczku. To ziarno ma zimny, gładki pancerz, twardą osłonę ulaną z taniego betonu, po którym właśnie sunie cieć z mopem szarym jak zleżała wędlina. Ta wilgoć nigdzie nie wyparuje, zostanie w prostokącie korytarza sprawiając wrażenie niezbędnej do życia, do prawidłowego obkurczania się ścian mojego (twojego) serca. Wyobrażam sobie, że bez codziennej dawki lizolu i pary wodnej, która ma w składzie jakiś tani detergent, udusilibyśmy się wszyscy, padlibyśmy charcząc na wycieraczki z IKEI i byłoby nam na to wszystko zimno przed śmiercią, takie są małe. Ktoś po prostu wykreśli szybko nas wszystkich z osiedlowych rejestrów lokatorów, gruz z wilgotnych ścian naszego bloku posłuży za podstawę krzywego pomnika, któremu spółdzielnia przypisze symboliczną przestrogę przed niedopatrzeniami, adresowaną do kolejnych pokoleń.

Comments

  1. Trochę nie ma miejscu pytanie ale jak możesz to odpowiedz, kogo lubisz czytać najbardziej?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Schulza na zmianę ze Stachurą. chyba właśnie tak, chociaż to się przecież zmienia, czasem niepostrzeżenie.

      Delete
    2. aha, jeszcze Olga Tokarczuk! bardzo niedaleko tej dwójki a dzięki niektórym książkom, to nawet na czele peletonu

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem